Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tentacle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tentacle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 czerwca 2012

(Claymore) W objęcia potwora


Drugie z mailowo zamówionych opowiadań, tym razem od użytkowniczki o nicku Abigail, która poprosiła o yuri fanfik z anime "Claymore".
Tytuł: W objęciach potwora
Z: "Claymore"
Rating: NC-17

Jasnowłosa Claire szła przed podziemny korytarz, skradając się cicho, niczym kot szukający ofiary. Było zresztą właśnie tak. Yoma, który gdzieś tu się czaił, zabił już kilkunastu mieszkańców okolicznego miasteczka. Wśród jego ofiar było kilku głupców, którzy myśleli, że sami sobie poradzą z zabiciem potwora. Wydawało im się, że wyjdzie to taniej niż wzywanie Claymore. No i się doigrali. Teraz miasteczko było uboższe nie tylko o kilkunastu mieszkańców ale i o pieniądze, które i tak trzeba było zapłacić za jej wynajęcie. Claire nie mogła nadziwić się głupocie niektórych. Wysyłać jakichś podrostków z kijami i pałami przeciwko Yomie. To się musiało tak skończyć.
Zwykle w takich miejscach śmierdziało. Tutaj jednak nie było czuć zapachu rozkładających się zwłok, nie było śladów zakrzepłej krwi. Ale była pewna, że to właśnie tu. Nie miała wątpliwości. Szła naprzód, z wyciągniętym mieczem. Idąc tak wkroczyła do obszernej sali. Coś poczuła. Zaraz potem usłyszała śmiech. Podniosła wzrok. Na kamiennej półce, niedaleko, ale wysoko, siedziała młoda kobieta, o długich, niebieskich włosach i śmiała się.
- Koniec zabawy w chowanego – Claire szepnęła i ruszyła w jej stronę z obnażonym mieczem. Tamta nie ruszała się. Claire zrobiła kolejny krok. Nic, żadnej reakcji. Jeszcze jeden. I wtedy zatrzymała się. Nie dlatego, że chciała. Nie mogła iść dalej. Coś trzymało ją w miejscu. Chciała się rozejrzeć, poruszyć głową, ale nie mogła. Jakaś siła związała ją w tym miejscu.
- O, jaki ładny kąsek mi się złapał – usłyszała głos kobiety, która bez trudu zeskoczyła z wysokiej półki i zbliżała się. Claire analizowała swoją sytuację. To musiała być jakaś magia. Starała się skupić, znaleźć słaby punkt tej pułapki. Każda go miała. Potrzebowała tylko czasu. Ale Yoma zbliżała się.
- O, czy ja dobrze widzę? Jesteś Claymore? – Yoma spytała, podchodząc bliżej. Ruchem ręki wytrąciła Claire miecz, który z brzdękiem opadł na ziemię. Yoma położyła swoją dłoń na policzku Claire, przesuwając ją. Claymore nie zdziwieniem stwierdziła, że czuje ciepło, ludzkie ciepło. Coś tutaj jej nie pasowało.
- Jesteś ładna… Ja lubię ładne istoty – spomiędzy ludzkich warg wysunął się długi, wężowy, rozwidlony język, który przesuwał się po twarzy Claire, zostawiając mokry, śliski ślad. Wsunął się za ucho Claire, podczas gdy jego właścicielka zsunęła dłonie niżej. Zamknęły się one na piersiach Claire, masując je powoli. Błysnęły pazury, błyskawicznie uformowane z ludzkich paznokci. Rozcięły materiał stroju Claire wokół jej piersi. Yoma odrzuciła dwa kawałki materiału, obnażając piersi Claire. Dotknęła jej lewego sutka ostrym czubkiem szponu, powoli, delikatnie, kłując, ale nie przebijając. Claire patrzyła na to bezsilna. Ostry szpon zsuwał się niżej, tnąc materiał. Zatrzymał się na jej łonie. Dwie połówki stroju Claire zsunęły się na bok, sprawiając, że jej smukłe, młode ciało było doskonale widoczne.
- Śliczna… pewnie nawet jeszcze nie naruszona, prawda? – język dotknął piersi Claire, owijając się wokół jej sutka, liżąc go. Claire czuła, jak twardnieje pod wpływem dotyku. Jednocześnie wracało jej powoli czucie w ustach.
- Co… ty… - wyszeptała.
- Ot, to tylko taka gra – powiedziała kobieta, stając za Claire i obejmując ją w pasie. Jedną dłonią pieściła piersi Claire, podczas gdy druga zsuwała się po jej płaskim brzuszku nieco niżej. Język pieścił kark schwytanej Claymore. Zaraz potem dłoń zamknęła się między nogami Claire.
- Ohhh… - wyrwało się z jej ust, gdy Yoma powoli przesuwała swoją dłoń po jej dziewiczym łonie. To było takie nierzeczywiste. Wiele wiedziała o Yomach, ale nie słyszała, żeby tak się zachowywały. Zwłaszcza wobec swoich śmiertelnych wrogów, jakimi były Claymore. Dziwiło ją, że potwór nie skorzystał z okazji i nie zabił jej od razu. Był aż tak pewny siebie. Claire wiedziała, że działanie pułapki powoli słabnie, mogła już poruszać wargami i nosem. Jeśli zyska na czasie, może uda jej się pokonać przeciwniczkę.
Yoma uniosła drugą dłoń ku piersiom Claire. Obie zamknęły się na nich, masując i pieszcząc je, lekko szczypiąc sterczące, ciemne sutki Claymore. Claire starała się zacisnąć usta i nie jęczeć, chociaż to, co robiła tamta, było przyjemne. Nigdy w życiu tak się nie czuła. Kobieta zamknęła jej usta pocałunkiem, wciskając język głęboko do ust swojej zdobyczy. Claire nie miała dość sił ani możliwości, żeby się temu przeciwstawić. Po raz kolejny poczuła, jak dłoń dotyka jej wilgotnego już trochę łona. Czuła ciepło, które powoli wypełniało ją.
Gdy Yoma przerwała pocałunek, uklękła przed Claire. Jej długi język dotknął cipki Claymore. Delikatnie, palcami, rozsunęła płatki i wniknęła do środka. Dreszcz przeszedł przez plecy Claire, ale był to przyjemny dreszcz. Długi, ciepły język dotykał ją tam, gdzie jeszcze nigdy nikt jej nie pieścił.
- Ohhhh… - mimowolnie wydała z siebie jęk rozkoszy. Zaraz zamknęła usta, wstydząc się tej chwili słabości. Mogła już poruszać końcówkami palców u nóg. Było jej dobrze. Tak dobrze. Yoma dawała jej przyjemność. Jasnowłosa Claymore jęknęła jeszcze raz, głośniej, gdy jej przeciwniczka odnalazła jej łechtaczkę i zaczęła się nią bawić. Rozkosz była tak duża, że Claire nie była w stanie się jej przeciwstawić.
Gdy orgazm wstrząsnął jej sparaliżowanym ciałem, przeciągły jęk echem zabrzmiał w lochu. Claire wciąż stała nieruchomo, ale wszystko w jej głowie się kołatało. Motyle tańczyły w jej brzuchu. Soczki spływały po udach. Nigdy jeszcze w życiu nie czuła czegoś podobnego. Była w niebie. Chociaż wstydziła się tego, była wdzięczna Yomie za zaznaną rozkosz. Oddychała ciężko.
- Nie ma to jak dziewice – uśmiechnęła się Yoma – Jesteście takie łatwe – to mówiąc wsunęła palce do wilgotnej cipki Claire. Zaraz potem dołączył do niego drugi. Głośne jęki Claymore wypełniły pustą salę, kiedy Yoma sprawnymi ruchami wymuszała na niej orgazm za orgazmem. Chociaż Claire czuła, że powoli odzyskuje kontrolę nad własnym ciałem, czuła się coraz słabsza.
Yoma odsunęła się i wyciągnęła do przodu dłoń. Claire patrzyła na nią. Widziała na niej krople wilgoci, jej własnej wilgoci. Ta dłoń była taka piękna. Po chwili wahania uklękła i pocałowała ją. Nie obchodziło ją, że składa hołd istocie, którą miała przecież zabić. W rozdartym stroju, z mieczem leżącym poza jej zasięgiem, Claire ucałowała dłoń, niczym sługa. Yoma uśmiechnęła się.
- Pójdziesz ze mną – powiedziała.
- Tak, pani – padło w odpowiedzi i na czworakach Claire ruszyła za Yomą przez prastary, kamienny korytarz.

Arietta, młodziutka Claymore 39 poziomu, jęczała głośno, gdy kolejny orgazm wypełniał jej ciało. Została przysłana tutaj, aby zbadać, co stało się z trzema innymi Claymore wysłanymi w to miejsce. Leżała rozciągnięta na kamiennym wzniesieniu, pokrytymi dziwną, lśniącą, wielobarwną substancją. Jej działanie utrzymywało ją w stanie półświadomości, osłabiając jednocześnie i niwelując działanie mocy Claymore. Duże pomieszczenie wypełniały jęki rozkoszy. Na podobnym postumentach leżały inne kobiety, wśród nich Arietta widziała także członkinie organizacji. Z rozłożonymi szeroko nogami leżały na pulsującym mroczną mocą śluzie. Między nogami każdej z nich znajdowała się błyszcząca macka, wnikająca głęboko do środka. Żadna z kobiet nie mówiła ani słowa, jedynie głośne jęki rozkoszy dobiegały z ich ust, gdy orgazmy przeszywały ich ciała na wskroś. Na starym, kamiennym tronie siedziała niebieskowłosa kobieta. Z jej pleców wyrastało kilka błyszczących macek, które penetrowały schwytane kobiety. Karmiła się ich energią seksualną. Yoma już dawno doszła do wniosku, że zamiast zabijać, można w efektywniejszy sposób pożywiać się ludźmi. Z każdą schwytaną zaś stawała się potężniejsza. Przełom nastąpił, gdy jej ofiarą padła pierwsza Claymore. Od tamtej chwili nie było już nikogo, kto mógłby stawić jej czoła. Patrzyła z uśmiechem na miecze, wbite w ziemię koło głów pochwyconych Claymore. Zostawiła je tam ze względu na pogardę dla swoich ofiar. Były w zasięgu ich rąk, ale żadna nie miała szans, żeby po nie już sięgnąć. U jej nóg leżała Claire. Yoma miała do niej sentyment. Jasnowłosa Claymore, jej pierwsza ofiara, patrzyła na nią z miłością i oddaniem. Yoma wysunęła do przodu stopę, a Claire z miłością składała na niej pocałunki, nie zwracając uwagi na los swoich towarzyszek.  

(Tomb Raider) Bliżej natury


Krótkie opowiadanie z Larą w roli głównej.

Tytuł: Bliżej natury
Z: "Tomb Raider"
Rating: NC-17


Lara otarła pot z czoła. Przedzierała się przez dżunglę już kilka dni. Według mapy powinna był dotrzeć na miejsce w ciągu trzech dni. Wyglądało na to, że ten kto rysował mapę, miał do dyspozycji szybszy środek lokomocji niż nogi. Lara miała tylko je. Co prawda była wyćwiczona w forsownych marszach przez trudny teren. Ale zawsze lubiła wiedzieć, ile czasu co jej zajmie. Tymczasem mijał już piąty dzień, a zaznaczonej na mapie świątyni nie było widać w okolicy. Po cichu przeklinała Afrykę. Wolała jednak Amerykę Południową, tam miała zawsze więcej szczęścia. Wzięła w ręce maczetę i dalej zaczęła torować sobie drogę przez busz.
Z radością dostrzegła niewielkie jeziorko pomiędzy zaroślami. Szybko zbliżyła się do niego. Zachowała jednak ostrożność. W takich stronach często można było spotkać drapieżniki. Rozejrzała się uważnie. Przyjrzała się wodzie, wypatrując uważnie, czy nigdzie nie widać niczego podejrzanego. Nic takiego jednak nie widziała. Wokół panował spokój, a niedaleko brzegu rosło duże skupisko kwiatów o wielokolorowych płatkach. Ich słodki zapach wypełniał okolicę. Odetchnęła ze spokojom, zrzuciła z siebie ciuchy i wyprężyła swoje nagie ciało na słońcu, po czym powoli weszła do wody. Była chłodna i cudownie czysta. Lara położyła się na płyciźnie, ciesząc się przyjemnym dotykiem wody. Jej zmęczone ciało wracało do życia. Wzięła łyk. Woda była kryształowo czysta. Dawno takiej nie smakowała. Leżąc na płyciźnie czuła ciepło. Bujna roślinność i słodki zapach licznych kwiatów sprawiały, że Larę ogarniała senność. Wyszła na plażę i położyła się. Jej piękne piersi powoli opadały i ponosiły się. Zamknęła oczy.
Gdy przysypiała, ku jej ciału powoli zaczęło zbliżać się kilka zielonych pnączy, które wysunęły się z rosnących niedaleko bujnych zarośli. Owinęły się powoli wokół jej nagich nóg i rąk. Nie zaciskały jednak uchwytu, aż nadeszło ich więcej. Gdy czubek jednej z nich dotknął jej sutka, Lara podskoczyła. W tej samej chwili pnącza zacisnęły się.
- Coooo? – Lara jęknęła, starając się oswobodzić z uchwytu. Jedna z lian owinęła się wokół jej szyi. Lara czuła, że zaciska się coraz mocniej, dusząc ją. Gdy na chwilę zaprzestała walki, uścisk wokół jej szyi osłabł.
- Dobra – powiedziała sama do siebie – Wystarczy, że nie będę się ruszała, a może samo mnie puści. Co to jest?
Wtedy z kłębowiska kwiatów wyłoniło się następne pnącze. Było dużo grubsze od tamtych a jego zakończenie sprawiło, że Larę przeszedł dreszcz. Pnącza rozciągnęły jej nogi szerzej, a szeroki przedmiot zmierzał ku niej. Widziała, że na jego czubku coś błyszczy. Jakby płyn…. Lara, domyślając się najgorszego, zaczęła się nerwowo szarpać, ale w odpowiedzi pnącze zacisnęło się znowu na jej szyi, prawie że ją dusząc. Zrozumiała. Przestała się szarpać. Nie widziała nawet, jak kolejna grubsza macka zbliżyła się do jej głowy. Dotknęła jej warg, zostawiając na nich ślad białego, mlecznego nektaru. Lara zacisnęła usta.
W tej samej chwili pnącze na dole wtargnęło w nią. Najpierw poruszało się powoli. Piękna archeolog bała się poruszyć, kiedy macka penetrowała ją. Gdy dotarła do celu, zaczęło się intensywnie poruszać w przód w tył. Lara czuła, jak jakiś gęsty, ciepły płyn powoli wypełnia jej waginę.
Jęknęła przeciągle i w tej samej chwili druga macka wtargnęła do jej ust. Lara nie mogła jej przeszkodzić, gdy wsunęła do środka i zaczęła od razu produkować ten sam nektar. Panna Croft połykała go, żeby tylko się nie udławić na śmierć. Macka między jej nogami poruszała się szybciej, a gdy wyszła, ciepły płyn wypływała spomiędzy jej nóg na piasek, formując kałużę. Jej usta zostały uwolnione chwilę później. Lara starała się wypluć resztę płynu. Ale czuła jego ciężar w sobie. Ile go połknęła? Dziwnie się czuła. Jakby odurzona dużą ilością alkoholu i podniecona jednocześnie. Jej sutki były twarde.
Poczuła szarpnięcie. Macki przesuwały ją po piasku, ciągnąc w kierunku ściany zieleni. Kolejne protesty Lary zostały szybo stłumione przez pnącze wokół jej szyi. Lara rozpaczliwie szukała sposobu na wydostanie się z tej pułapki, ale nie mogła niczego wymyślić. W końcu znalazła się wśród roślin. Pnącza ułożyły ją na dużym liściu. Lara rozglądała się wokół, zastanawiając się, co tu się dzieje. Wtedy z przerażeniem dostrzegła drugi liść, powoli opuszczający się na nią. Krzyczała, gdy przykrył ją. Dwa liście połączyły się a lepki płyn skleił ich krawędzie. Zaraz potem pnącza uniosły je do góry, wieszając w powietrzu niczym kokon. Były w nim tylko trzy otwory. Pierwszy naprzeciw ust Lary, dwa kolejne na jej piersiach. Do nich przysunęło się kilka macek. Pierwsza wpłynęła między wargi Lary, mocując się przy jej ustach i pompując do jej ust gęsty, biały płyn. Dwie kolejne przysunęły się do jej dużych piersi. Uczepiły się jej sutek i zaczęły je ssać. Lara nie mogła się już nawet bronić, pojona gęstym płynem musiała go połykać. Jednocześnie jej piersi zaczęły ją swędzieć. Czuła ciśnienie napierające od wewnątrz. Po kilku minutach jej sutki wystrzeliły strużkami mleka. Macki ssały je, następne przesyłając do głównej części rośliny. Uwięziona w zielonym kokonie Lara mogła tylko cicho płakać, wiedząc, że znalazła się w pułapce bez wyjścia. Karmiona i zmuszona do produkcji mleka, którym karmiła się roślina, stała się jej żywicielem.

(Final Fantasy VII) Kanał


Wrzuciłem sobie na ruszt FF VII, więc możecie się spodziewać jeszcze czegoś więcej z tej gry.

Tytuł: Kanał
Z: Final Fantasy VII
Rating: NC-17

Tifa powoli podniosła się z zimnej, wilgotnej podłogi. Kiedy Don Corneo uruchomił zapadnię, podłoga pod nią zniknęła i przez krótką chwilę gdzieś spadała. Potem ocknęła się. Była sama, Clouda ani Aeris nie było nigdzie widać. Barmanka z „Siódmego Nieba” rozejrzała się po okolicy. Była w jakichś kanałach, znajdujących się pewnie pod burdelem Dona. Wokół śmierdziało. Półmrok rozświetlało blade światło lamp.

Nie mając wyboru, Tifa ruszyła przed siebie. Nie wiedziała, w którym kierunku powinna iść, ale lepsze było to niż stanie. Nie była też słabiutką księżniczką, potrafiła się bronić. Martwiło ją tylko, że nie wie, gdzie może być wyjście. Słyszała tylko czum płynącej wody. Spojrzała na nią. Była ciemna i gęsta, na dodatek paskudnie śmierdziała. Tifa poczuła, jak coś się w jej brzuchu cofa. Oparła się o ścianę, z trudem wstrzymując wymioty. Musiała się stąd wydostać, im szybciej tym lepiej.

Po kilkunastu minutach drogi poczuła, że chyba trochę kręci jej się w głowie. Przywykła już nawet trochę do smrodu kanałów, ale miała lekkie zawroty. Dalej nie było żadnego śladu na wyjście, tylko monotonny, podziemny korytarz i płynąca w jego środku struga nieczystości. Nawet chodnik, którym szła, był śliski i lepki. I wtedy Tifa zauważyła drabinę przyczepioną do ściany. Prowadziła ku klapie w suficie. Był tylko jeden kłopot – drabina znajdowała się po drugiej stronie kanału. Tifa zatrzymała się. Musiała dostać się na drugą stronę. Ale jak? Gdy tu szła, nie widziała żadnego mostka. Może jakiś był dalej? Ale nie widziała przed sobą niczego takiego.

Spojrzała jeszcze raz na wypełniony gęstą cieczą kanał. Musiałaby go przejść wpław albo przepłynąć, nie wiedziała jaki był głęboki. Jak tylko pomyślała o tym, to poczuła, że znowu żołądek podchodzi jej do gardła. Nurt nie był aż tak szybki i sądziła, że dałaby sobie z nim radę. Ale wchodzić do tego czegoś… Dreszcz przebiegł po jej plecach. Ale jej oczy patrzyły na drabinę, która była tak blisko.

Walcząc z obrzydzeniem, Tifa powoli zrobiła krok w kierunku kanału. Jeszcze raz zatrzymała się, oddychając płytko i powoli. Prawie widziała to wszystko, co tam płynie, w tej gęstej, cuchnącej brei. Nie widziała oczywiście dna i to ją jeszcze bardziej martwiło. Siadła na ziemi i zdjęła z nóg wysokie, ciężkie buty oraz skarpety. Trzymając je w jednej ręce, powoli zrobiła krok i wsunęła bosą stopę do kanału. Był głęboki, bo siedząc przy nim nie dotykała dna. Gęsta, lepka maź dotykała jej skóry. Walcząc z obrzydzeniem, Tifa weszła. Jej stopa dotknęła dna, pokrytego śliskim, lepkim śluzem, kiedy zanurzyła się trochę powyżej pasa.

Nurt był mocny, ale idąc powoli, Tifa jednak była w stanie z nim dać sobie radę. Gorzej było z obrzydlistwem, w którym brnęła. Zamknęła oczy, starając się nie oddychać nosem i nie patrzyć na to, w czym jest zanurzona. Musiała uważać, bo nawet nie wyobrażała sobie, co by się stało, gdyby się poślizgnęła. Ten śmierdzący, oślizły szlam otaczał ją ze wszystkich stron. Ale była już prawie w połowie drogi i skoro dotarła tu, to czuła pewność, że dalej też jej się uda. Musiało jej się udać. Wiedziała, że jak już wróci do baru, to dużo czasu spędzi pod prysznicem. Wolałaby, żeby Cloud jej nie zobaczył wcześniej.

Coś owinęło się wokół jej ręki, którą miała wyciągniętą w bok, utrzymując równowagę. Obróciła głowę. Zielona, oślizła macka owijała się wokół jej nadgarstka. Tifa krzyknęła, szarpiąc rękę do siebie. W drugiej trzymała buty. Rzuciła je szybko na drugi brzeg kanału i wolną rękę zacisnęła wokół macki. Dzięki swojej sile zdołała uwolnić ją i ruszyła przed siebie, szybciej niż poprzednio.  Wtedy poczuła, jak coś śliskiego otacza ją w pasie. Sięgnęła ręką w kierunku macki, która dotykała jej brzucha, ale wtedy kolejna macka złapała jej nadgarstek, zaraz potem także drugi. Tifa starała się iść do przodu, ale nie mogła. Czuła jak pod powierzchnią wody kolejne macki okręcają się wokół jej stóp.

Tuż przed nią wynurzyła się kolejna macka. Jej końcówka była szeroka i różowawa. Wysunęła się do wyskości głowy Tify i zbliżyła do jej twarzy. Barmanka z Seventh Heaven wzdrygnęła się, gdy to paskudztwo dotknęło jej policzka, zostawiając na nim mokry, ślizgi ślad. Czuła w nosie jego obrzydliwy zapach. Szaprnęła mocno rękami, ale nie mogła się wyzwolić. Macka zbliżyła się do jej ust. Tifa zacisnęła zęby, a czubek tego ohydztwa dotykał jej warg, zostawiając na nich wilgotne, lepkie ślady.

- Nie!! – krzyknęła Tifa, kiedy poczuła, jak coś wsuwa się pod jej skórzaną spódniczkę,  dotykając materiału majtek i wsuwając się pod nie. W momencie w którym otworzyła usta, macka naprzeciwko nich wsunęła się szybko do środka. Zduszony jęk wydobył się z niej, kiedy ta obrzydliwa rzecz penetrowała jej usta, zostawiając w nich swój smak. Tifa czuła, jakby miała się porzygać. W tym samym czasie dwie kolejne, wąskie macki wsunęły się pod jej bluzkę, zrywając jej stanik i okręcając się wokół piersi Tify. Ich czubki drażniły jej sutki, które szybko stwardniały. Tifa czuła się, jakby ktoś próbował z niej wyciskać mleko.

W tym samym czasie dwie macki między jej nogami rozdarły wreszcie wilgotne majtki i wdarły się do środka, wsuwając się do obu otworów na raz. Tifa, mająca zatkane usta, nie była w stanie nawet głośno protestował, kiedy była gwałcona przez wszystkie macki na raz. Jej usta, jej cipka, jej odbyt, jej piersi – wszystko było ich ofiarą. Słyszała kiedyś miejskie legendy o takich potworach, ale zawsze sądziła, że to tylko bajki, które opowiada się po to, żeby dziewczyny nie chodziły w takie miejsca. Ale teraz na własnym ciele przekonywała się, że to nie bajki.

Obie macki między jej nogami poruszały się coraz szybciej, do przodu i do tyłu. Tak samo robiła macka w jej ustach, a te owinięte wokół jej piersi ślizgały się i wiły wokół jej cycków, zaciskając się coraz mocniej. Tak samo robiła macka w jej ustach, a te owinięte wokół jej piersi ślizgały się i wiły wokół jej cycków, zaciskając się coraz mocniej. Dziewczyna starała się utrzymać równowagę. Drugi brzeg był tak niedaleko. Liczyła, że uda jej się w końcu uwolnić ręce i może sięgnąć tam. Póki macki trzymały jej ręce i nogi nie mogła nic zrobić, a panicznie bała się stracić równowagę i runąć w tę breję, w której by się pewnie utopiła.

- Urghmmmm!!!!! – jęknęła, gdy nagle coś ciepłego i gęstego wypełniło jej usta. Krztusząc się i dławiąc, Tifa musiała to obrzydlistwo połykać. W tym samym momencie czuła, jak coś podobnego wypełnia jej odbyt a zaraz potem – cipkę. Czuła, jak macki wycofują się z niej, gdy miała wolne usta, wypluła ile tylko była w stanie. Czuła że ma to w sobie. Macki zwolniły też zaciśnięty uchwyt na jej piersiach. Ale zanim Tifa zdążyła zastanowić się, co dalej, pojawiły się nowe macki.

Szarpiąc się rozpaczliwie, Tifa starała się wyrwać, rozpryskując na wszystkie strony ściek, w którym po pas stała. Drugi brzeg był tak blisko. Trzymała usta zamknięte, kiedy kolejna macka zbliżyła się do nich. Czuła ten obrzydliwy dotyk na swoich ustach. Ale kiedy jeszcze raz macki wdarły się między jej nogi, nie mogła powstrzymać głośnego jęku. Na tą chwilę czekała macka przed jej twarzą. Zaraz też znowu coś cieńkiego owinęło się wokół jej piersi. Czuła też, że kolejne macki owijają się ciasno wokół jej ud. Nie wiedziała nawet już, ile to trwało. Słabła, nie mogła już nawet utrzymać się na nogach, kolejne wymuszone orgazmy wysyłały jej siły. Gdy zamknęła oczy, myślała że to już koniec.

Obudziła się na zimnej, śliskiej i wilgotnej podłodze. Otworzyła oczy, żeby zobaczyć znajomą twarz.
- Ty jesteś… Aeris?
- Już spokojnie – powiedziała kwiaciarka. Tifa przetarła oczy i podniosła się. Siedziała na brzegu kanału. Jej strój był w kawałkach. Wszystko ją bolało. Aeris klęczała obok niej.
- Co się stało?
- Znalazłam cię tutaj. Nie wiem, co ci się stało, ale byłaś w strasznym stanie. Użyłam magii leczącej, żeby ci pomóc.
- Świetnie… - Tifa przypomniała sobie o wszystkim, co ją spotkało i poczuła, jak jej żołądek przewraca się do góry dnem. Powoli wstała. Była prawie naga i bosa. Buty utonęły w kanale, bluzka, spódniczka były mokre i porwane, jej bielizna także.
- Musimy się stąd wydostać. Gdzie Cloud?
- Nie wiem, od tamtego momentu jak spadliśmy nie widziałam go.
- Trudno.  Chodźmy, on wie gdzie jest mój pub, więc pewnie tam pójdzie.

(Final Fantasy X) Zielony terror


Obiecana komuś historyjka z Final Fantasy X z Lulu.

Tytuł: Zielony Terror
Z: Final Fantasy X
Rating: Nc-17


Promienie słońca opadały szeroko na rozgrzany piasek plaży na nabrzeżu Besaid. Fale uderzały powoli z szumem, liżąc plażę. Na rozłożonym na piasku kocu leżała rozciągnięta, z przymkniętymi oczami Lulu. Była sama. W Besaid było cicho i spokojnie, bo Wakka razem z drużyną wyjechał na kolejne rozgrywki Blitzballa a Yuna i Rikku latały po świecie, szukając sfer. W takie dni jak ten, Lulu lubiła korzystać z uroków plaży, na której mogła być sama. Znalazła ten zakątek pewnego dnia. Był on trochę oddalony od wioski i żeby tutaj dojść, trzeba było przejść przez dżunglę, ale nie był to dla doświadczonej  czarodziejki kłopot. Małe, słabe potwory nie miały szans z jej czarami, nawet gdyby chciały ją zaczepić.

Czas mijał powoli i leniwie, Lulu korzystała z tego, że jest sama, przesuwając powoli dłonie po swoim lśniącym ciele. Wakki nie było już od tygodnia i trochę jej go brakowało. Jedna z jej dłoni zsunęła się pomiędzy jej nogi, czarnowłosa czarodziejka powoli pieściła swoją wilgotną cipkę. Drugą dłonią lekko drażniła stojące tardo brodawki piersi. Wspominała czasy ich wspólnej podróży, kiedy jeszcze był z nimi Tidus. Trochę nawet żałowała, że tak łatwo odstąpiła go Yunie, fajny był z niego chłopak. Może powinna była skorzystać z okazji? Wiedziała, jak na nią patrzył, szczególnie na początku ich podróży, bo potem więcej czasu poświęcał już Yunie. Jęknęła głośniej, czując, jak zbiera się w niej powoli rozkosz, gotowa, żeby wypełnić jej całe, powoli sztywniejące ciało.

Wiedząc, że jest sama, Lulu nie hamowała się. Czuła ulgę i przyjemność. Krótko po ślubie czuła się trochę winna, że robi to, chociaż mam męża, ale potem przestała mieć do siebie pretensje. Uprawiała seks z Wakką regularnie a masturbacja była tylko uzupełnieniem. Pozwalała jej realizować w głowie różne fantazje, o których oczywiście nikomu nie mogła mówić. Wyobrażała sobie, że Tidus jest przy niej, że całuje jej usta długo i namiętnie, że jego dłonie pieszczą jej ciało, dotykając ją wszędzie, rozpalając jej pożądanie powoli ale mocno. Że całuje jej kark, piersi, brzuch, że liże jej rozgrzaną cipkę. Że gładzi językiem jej nogi, klęcząc przed nią. Może jednak nie trzeba było oddawać go Yunie?

Głośny, przeciągły jęk dobiegł z jej ust, kiedy długi, piękny orgazm wypełnił ją, sprawiając, że jej ciało zesztywniało, żeby zaraz potem rozluźnić się i dać się unieść rozkoszy. Wzdychała głęboko, słysząc w uszach szum własnej krwi, fal i skrzek mew. Było jej naprawdę dobrze. To była jedna z tych przyjemności, które chowała dla siebie i o których nie mówiła nikomu, nawet najlepszym przyjaciółkom. Tu mogła być sama ze swoimi fantazjami.

Rozkosz w samotności przerwał jakiś odgłos. Lulu poderwała się z koca, unosząc głowę w kierunku zarośli. Mignęła między nimi jakaś sylwetka, za mała na potwora, za duża na zwierzątko. Człowiek? Widział ją? Ciągle tam był? Lulu zapięła szybko stanik i majtki. Zerwała się na nogi i ruszyła w tamtym kierunku. Jeżeli to był jakiś małolat z wioski, to obiecała sobie, że solidnie go ukaże. A może to tylko jednak jakieś zwierzę? Musiała to sprawdzić.

Jej bose stopy zeszły z ciepłego piasku i dotknęły chłodnej ziemi, w miarę jak coraz głębiej wchodziła w las. Widziała w oddali ruch, to musiała być ta sama postać. Szła powoli i ostrożnie, przygotowany miała prosty czar elektryczny, żeby powalić natręta ale nie zabić przypadkiem niewinnej osoby. Była coraz bliżej, kiedy nagle coś buchnęło jej w twarz. Chmura ciemnego dymu otoczyła jej głowę, dostając się do nosa i ust. Lulu kaszlała, czuła jak ciemnieje jej przed oczami a w głowie zaczyna się kręcić. Zrobiła krok do tyłu, czując, jak coraz trudniej jest jej utrzymać równowagę. Słaniała się.

Coś owinęło się wokół jej nóg, przewracając ją i szybko pociągając do góry. Lulu szarpała się, ale w takiej pozycji nic nie mogła zrobić, bo jej ręce wisiały do dołu. Słyszała szum pomiędzy roślinami, coraz głośniejszy. Już się domyślała, co to było. Nic nie widziała, oczy wydawały się być przysłonięte jakby ciemną mgłą. Nie mogła myśleć logicznie i spokojnie. To były typowe objawy ataku, jakim zwykle zaczynał walkę Malboro. Ale skąd taki potwór wziąłby się tutaj? Zwykle występowały tylko w kilku miejscach na Spirze.

Jednak to nie było w tym momencie największym problemem, jakiemu musiała stawić czoła Lulu. Oszołomiona czarodziejka była trzymana mocno, podczas kiedy cienkie macki zmierzały w jej stronę. Jedna z nich wsunęła się pod jej majtki, szarpiąc je tak, aż w końcu zerwała je. Druga zerwała jej stanik. Nagie ciało Lulu było teraz zupełnie niechronione. Dwie macki owinęły się wokół jej piersi, ściskając je mocno i drażniąc końcówkami czubki jej sutków. Lulu wiedziała, że te potwory polują przede wszystkim na kobiety. Nie mają samic i mogą się rozmnażać tylko przy pomocy samic innych gatunków.

Jęknęła głośno, gdy szeroka, gruba i śliska macka wsunęła się między jej nogi, rozszerzając je. Jej cipka była ciągle wilgotna i macka bez trudu wsunęła się do środka. Czarnowłosa czarodziejka jęczała przeciągle, kiedy jej ciało było napastowane przez zielonego potwora. Jednak po pewnym czasie jej jęki zostały stłumione, bo kolejna macka wpłynęła między jej czerwone usta, zatykając je. Śliski, zielony kształt wypełnił jej usta. Lulu w pierwszej chwili chciała go odgryźć, ale wiedziała, że jeżeli to zrobi, to pewnie zadławi się nim na śmierć. Nie mając wyjścia, musiała mu pozwolić robić to, co chciał.

Najbardziej bolały ją piersi, wokół których były owinięte dwie macki. Ściśnięte i związane jak szynka, unosiły się i opadały, a jej twarde sutki były cały czas bezlitośnie pieszczone, przynosząc Lulu niechcianą przyjemność i podniecając ją wbrew jej woli. Nagle poczuła, jak macka jej cipce sztywnieje, jakby robiła się grubsza. W szybkim spazmie wystrzeliła, wypełniając Lulu swoimi sokami. Czarodziejka wydała z siebie stłumiony jęk protestu, wiedząc, że właśnie wypełnia ją nasienie Malboro. Musiała coś zrobić, bo inaczej… Potwór wyszedł z niej, ale jej usta i piersi dalej były napastowane.

Lulu powoli odzyskiwała wzrok. Widziała rozmazany ciągle, duży, zielony kształt, przypominający kulę z wielką paszczą i rzędami macek. Ukryty między bujną roślinnością, pewnie byłby nawet nie do zauważenia, gdyby się nie poruszał. Ale teraz się poruszał. Lulu została opuszczona na ziemię, jej spocone, drżące ciało dotknęło zimnego mchu, który pokrywał leśne podszycie. Kolejne macki chwyciły ją za ręce, podnosząc trochę. Czuła jak jej piersi pieką i swędzą ją. Nagle zakrztusiła się, coś gęstego i lepkiego zaczęło wypełniać jej usta. Krzywiąc się, musiała połykać obrzydliwą ciecz, którą macka pompowała do jej ust. Chciało jej się rzygać, ale nie mogła, bo miała zatkane usta. Szarpała się w bezlitosnym uchwycie potwora. Gdy skończył, wysunął mackę z jej ust. Lulu starała się wypluć tyle ile mogła, ale większość już połknęła.

Klęcząc na ziemi, patrzyła na Malboro, który znajdował się naprzeciwko niej. Póki miała skrępowane ręce, póki nie mogła używać czarów. Czuła w środku nieprzyjemne mrowienie, coś się w niej działo, coś czego się bała. Mijały minuty, potwór nie robił jej już nic, poza dalszym gnieceniem jej dużych, obolałych już piersi. Lulu straciła już nadzieję na odzyskanie swobody, a kolejne ruchy wewnątrz jej ciała przerażały ją coraz bardziej.

Huk wystrzału obudził ją. Poczuła, jak jej zdrętwiała ręka opada swobodnie. Kolejny strzał zniszczył drugą mackę i druga ręka Lulu była wolna. Nie rozglądając się i nie zastanawiając się nawet, kto ją uratował, Lulu szybko podniosła ręce do czasu i rzuciła na Malboro najpotężniejszy z czarów ognia jakie znała. Potwór zawył głośno, kiedy magiczne płomienie szybko pochłonęły jego wielkie, ale delikatne ciało. Macki spadały na ziemię, zmieniając się w popiół. Piersi Lulu poczuły ulgę, kiedy zostały uwolnione z więżącego jej nacisku. Dopiero teraz czarodziejka spojrzała w kierunku z którego padły strzały. W jej stronę biegła Yuna, obok niej Rikku.

- Lulu! Lulu! – krzyczała Yuna – Nic ci nie jest?!
- Nie wiem… - Lulu powoli podniosła się. Była naga, wszystko ją bolało, a najbardziej piersi. Poza tym czuła się jakaś pełna. Yuna pomogła jej wstać, a Rikku szukała czegoś nerwowo w swojej torbie.
- Coś do ubrania… - powiedziała czarodziejka, patrząc na rozerwane na kawałki jej bikini – Ooughmmm…. Ouuuhhhhh!!! – jęknęła, chwytając się za piersi. Opadła na kolana, czuła jak jej sutki pieką. Chwilę potem strzyknęły strumykami ciepłego mleka.
-   Pij! – Rikku wyciągnęła z torebki butelkę i szybko przycisnęła ją do ust Lulu, wmuszając w nią jej zawartość. Mleko ciągle kapało z jej piersi, a Lulu czuła, że w jej brzuchu coś się porusza.
- Co to jest? – spytała Yuna.
- To mikstura Al Bhed, którą nasze kobiety używają, żeby nie zostać wykorzystanymi przez Malboro. Zabija to ich komórki. Może jeszcze zdąży zadziała, bo inaczej Lulu…

- Ougggmmmmmm!!!! Aahmmmmm! – czarodziejka padła na ziemię, wijąc się w spazmach bólu. Kolejne strumyki białego płynu wystrzeliły z jej piersi. Trzymała się za brzuch. Ale nic się nie działo. Mleko przestało po chwili kapać a ból minął.
- Zdążyłyśmy w ostatniej chwili… - Rikku otarła czoło.
- A gdybyśmy nie… ?
- Lulu musiałaby urodzić Malboro… moja mikstura zdążyła zabezpieczyć ją przed tym. Tylko teraz…
- Co takiego?
- No, ona będzie musiała… to z siebie…
Lulu, która zdążyła już wstać, nagle poczuła jak się czerwieni, a z jej brzucha dobiegł donośny odgłos. Złapała się za brzuch i szybko pobiegła w krzaki.
- Ojej – powiedziała Rikku – lepiej ją teraz zostawmy, bo to pewnie szybko się nie skończy.

(Final Fantasy X-2) Na żywo


Coś z Final Fantasy tym razem, z Yuną.

Tytuł: Na żywo
Z: "Final Fantasy x-2"
Rating: Nc-17
Uwagi: tentacle

- Brother, czy to na pewno tutaj – Yuna spytała przez komunikator brata Rikku.
- Na pewno, Yuna, radar to pokazuje. Jesteś już niedaleko.
- Mam nadzieję. Bez odbioru – Yuna miała już dość chodzenia po tych jaskiniach. Było tu wilgotno, ślisko i nieprzyjemnie, buty zanużały się w miękki, cuchnący szlam. Ale wykrywacz sfer pokazywał, że gdzieś tutaj musiała być jedna z nich. Dobrze, że nie było z nią Rikku, ona nienawidziła takich miejsc. Ale jej kuzynka zatruła się czymś i trzeba było ją zabrać do szpitala w Bevelle. Tam okazało się, że musi zostać co najmniej tydzień. Paine postanowiła zostać z nią, a Yuna wzięła „Celsiusa”, żeby odwiedzić Besaid. I wtedy właśnie radar wykrył sferę w podziemnych jaskiniach w lesie niedaleko. Yuna postanowiła, że sama po nią pójdzie.

Wałęsała się już po tych jaskiniach prawie godzinę. Droga była skomplikowana, a automapa nie chciała działać sprawnie. Chociaż na zewnątrz było ciepło, tutaj było zimno i mokro. Skąpy strój Yuny, składający się z wysokich, sznurowanych butów, szortów i cieniutkiej bluzeczki oraz kilku dodatków, nie chronił jej przed zimnem. A po sferę musiała zejść niżej. Miękki, śmierdzący śluz chlupał pod jej butami. Cały czas trzymała w ręce pistolet, chociaż od wejścia nie spotkała ani jednego potwora. Była zdziwiona, bo w takich miejscach wrogów zawsze było dużo. Ale może i one nie miały ochoty mieszkać w takim miejscu? Yuna wzruszyła ramionami, idąc dalej.
- Daleko jeszcze?
- Chyba następne pomieszczenie – usłyszała w słuchawce.
- Nareszcie…
Wyszła do dużej, okrągłej sali. Wydawała się nawet zbyt regularna, żeby można ją było stworzyć naturalnie. A może ktoś ją wykuł? Spira była pełna zapomnianych śladów po tysiącach lat swojego istnienia. Ważniejsze było to, że po środku sali, znajdował się ułożony z kamieni kopiec. Spomiędzy kamieni widać było blade światło. To musiała być sfera. Yuna szybkim krokiem ruszyła do przodu, ale zaraz się zatrzymała. Gdy zrobiła dwa kroki, jej buty prawie do kolan zapadły się w tym obrzydliwym śluzie. Cofnęła się z obrzydzeniem.
- A niech to…
- Yuna?
- Tu jest coś… jakby bagno. Dookoła sfery. Nie wiem, jakie to głębokie.
- Wracaj, przylecimy tu z Rikku i Paine.
- Wlazłam tutaj i mam teraz wracać? No nie… daj mi chwilę…
- Yuna? Yunna!? Chyba mam jakieś bzz… ghszmmm… - głos Brothera w słuchawce znikł.
- Bomba, teraz się zepsuło… - westchnęła. Grunt wokół sfery wydawał się bardziej stabilny. Yuna cofnęła się, wzięła rozbieg i skoczyła.
„Pulp!” – rozległ się dźwięk. Wylądowała w szlamie, tonąc w nim prawie po pas.
- O kurwa mać! – krzyknęła głośno. Od ścian jej słowa odbiły się echem. Była prawie przy kopczyku, ale do pasa była ubrudzona tą śmierdzącą ohydą. Czuła pod nogami grunt. To dobrze. Powoli zrobiła krok do przodu. Poruszała się powoli, jak w budyniu.
- Jak wrócę na statek to przez tydzień nie wyjdę spod prysznica – pomyślała, brnąc przez ten szlam. I wtedy coś wystrzeliło spod tej bryi. Wąska, różowawa macka owinęła się wokół pasa Yuny. Gunnerka szarpnęła się mocno.
- Co? – krzyknęła zaskoczona, kiedy macka pociągnęła ją do tyłu. Yuna w odruchu sprzeciwu szarpnęła się do przodu. Jej dłonie dotykały już kopczyka. Czuła, jak to coś zaciskało się wokół niej. Sięgnęła ręką do pasa, przy którym miała torebkę, a niej powinien był być jakiś nóż. Wiedziała, że musi to odciąć najszybciej jak się da.  Kiedy jednak uniosła rękę, kolejna macka owinęła się błyskawicznie wokół jej nadgarstka.
- Nie ma mowy… - zrobiła kolejny krok w kleistym szlamie. Macki szarpały ją coraz mocniej, ale czuła, że grunt się powoli wznosi. Jeszcze trochę wysiłku i będzie na powierzchni. I wtedy coś przesunęło się między jej nogami.
- Aiiieee! – krzyknęła z obrzydzenia, kiedy coś śliskiego poruszało się tam, pocierając ją przez materiał jej krótkich spodenek.
- Zboczone paskudztwo – pomyślała, a wówczas kolejna macka wysunęła się na powierzchnię.
- Fuuj! Zostaw! – krzyknęła Yuna, kiedy czubek macki dotknął jej piersi. Sięgnęła tam ręką, ale wtedy macka szybko owinęła się wokół niej. Obie ręce Yuny były związane. Kolejne, gwałtowne szarpnięcie sprawiło, że nie mogła utrzymać równowagi. Poleciała na plecy, padając w śluz. Na szczęście nie było tam już tak głęboko i nie utonęła.
- Zoostaaaw! – krzyczała, kiedy kolejne macki owinęły się wokół jej nóg. Szarpała się rozpaczliwie, ale nie mogła nic zrobić. Nie wierzyła, że jest ich aż tak dużo. Spod tej paskudnej bryi wyrastały kolejne, unieruchamiając ją. Mogła już tylko krzyczeć, kiedy kolejny raz ich czubki dotknęły jej piersi. Cieńki, biały materiał bluzki przed niczym ich nie chronił, giętkie macki szybko owinęły się wokół jej piersi, czubkami dotykając sutków. Ich końcówki były chropowate.
- Niiieee! – echo odbijało krzyki Yuny.  Kolejna macka wsunęła się pod jej spodenki, wychodząc z drugiej strony i rozrywając mokry materiał. Jej majtki były następne. Yuna patrzyła ze strachem, nie wiedząc, o co chodzi.
- Ooooh!!! Aaaaa! – krzyczała i jęczała, bo macki cały czas pocierały jej piersi. Sutki Yuny stwardniały. Macki zaciskały się wokół nich coraz mocniej. Sprawiało jej to ból ale też i przyjemność, chociaż jej nie chciała. Macki, które trzymały jej nogi, zmusiły ją, żeby je rozkraczyła. Spod śluzu wysunęła się kolejna, dużo szersza od pozostałych. Yuna ze strachem patrzyła, jak porusza się powoli, prosto do celu.
- Niiieeeee! Niieeeee! – mogła tylko krzyczeć, kiedy czubek prawie dotykał jej cipki.
- Oooohhhmmmm!!!!!! – jej głośny krzyk odbijał się w echu, kiedy macka spenetrowała ją. Yuna nie miała doświadczenia w tych sprawach, wcześniej uprawiała seks tylko raz, z Tidusem. Ale on był dla niej delikatny. Macka weszła w nią mocno i brutalnie, penetrując jej pochwę i wchodząc najgłębiej jak się da. To było bolesne, ale trzymana cały czas przez macki Yuna nie mogła nic zrobić, tylko krzyczeć.
- Mmmm! Guullpp! – jej protesty skończyły się, kiedy kolejna macka wsunęła się między jej wargi, do jej ust. Poruszała się w środku, bawiąc się jej językiem. Yuna z obrzydzenia prawie zwymiotowała. Nie mogła w oto uwierzyć. To było jak zły sen. Czuła ten obrzydliwy szlam we własnych ustach. Ale w tej samej chwili jęknęła głośno, bo macka między jej nogami zaczęła poruszać się szybko do przodu i do tyłu.
Nie mogła już krzyczeć, kiedy poczuła że następna macka wsuwa się między jej pośladki. Bolało to ją nawet bardziej, ale jej usta były zatkane i słychać tylko było jej zduszony jęk bólu, kiedy jej ostatni otwór został zgwałcony. Trzy macki w jej środku poruszały się szybko. Wkrótce Yuna przeżyła pierwszy orgazm, ale potwór nie zwrócił nawet na to uwagi, gwałcąc ją. Bolały ją piersi, mocno ściskane przez macki. Jej nabrzmiałe sutki były tak wrażliwe, że czuła, jak drży przy najmniejszym ich dotknięciu.
- Guhh… hmmmmphmmm… ohhhmmm – zduszone jęki słychać było z jej ust.
- Gluuuuurrrpppp! – jej oczy otworzyły się szeroko, kiedy nagle jej usta wypełnił obrzydliwy, gęsty płyn. Nie mając wyjścia, musiała go połykać. Czuła, jak coś lepikiego i ciepłego wypełnia jej pizdę, a niedługo też i dupę. Macki wycofały się z niej powoli. Yuna otworzyła usta i wypluła tyle, ile mogła. Większość musiała połknąć.  Czułą ten paskudny, gorzki smak w gardle i w ustach. Resztki kapały z jej ust, zmieszane z jej śliną. Ale nagle spod szlamu wysunęły się kolejne macki, szybko zajmując miejsce poprzednich.
- Niee! Niieeeemphmmmm! – Yuna nie miała czasu protestować, bo nowe macki szybko zajęły się nią, tak jak poprzednie. Znowu usta, odbyt i pizda stały się celem ich ataku. Córka Braski jęczała głośno, siedząc w szlamie z rozkraczonymi szeroko nogami. Macki zaciskały się na jej piersiach, jakby chciały żeby strzelało z nich mleko. Wszystkie trzy otwory były brutalnie penetrowane. Protesty i jęki Yuny stawały się coraz słabsze.
Po czwartym razie przestała liczyć, ile razy to się stało. Leżała w szlamie, a macki zajmowały się nią. Co jakiś czas dochodziła. W końcu potwór porzucił ją. Goła, oblepiona szlamem i sokami potwora, na czworakach powoli poruszała się w kierunku sfery. Była ociężała, jej brzuch był pełen. Drżącą ręką odwaliła kilka kamyków i wyjęła sferę. Obejrzała ją. Poznała ją. To była sfera nagrywająco - przekaźnikowa. Ktoś ją tutaj umieścił, a potem nagrał wszystko co się stało. Ale kto i po co?
- Dzięki temu materiałowi zarobimy więcej niż na zbieraniu sfer – Leblanc roześmiała się głośno, oglądając film z Yuną. Pomysł Logosa, żeby podłożyć taką pułapkę, był bezbłędny. Syndykat miał zarobić na tym filmie miliony. Teraz myślała, czy nie możnaby nakręcić podobnych z dwiema pozostałymi dziewczynami z Gullwings.

(Naruto) 2 na 1


Taka krótka historyjka, która mi przyszła wczoraj do głowy XD.

Tytuł: 2 na 1
Z: Naruto
Rating: NC-17

Tsunade zerwała się z łóżka. Jej czoło pokrywał pot. Zwykle spała spokojnie, ale coś nagłego wyrwało ją ze snu. Czuła się jakby wezwana. Nie wiedziała co to było, jakieś dziwne przeczucie. Ubrała się, założyła na nogi sandały i powoli wyszła przed chatę. Była ciepła, duszna letnia noc, a Konohę gęsto otulała wilgotna mgła. Hokage czuła jednak, ze w powietrzu wisi coś jeszcze. Coś złego. Ale nie wiedziała dokładnie co to może być. Niebezpieczeństwo?

Coś szybszego niż jej oczy prześlizgnęło się za nią. Tsunade obróciła się, przyjmując bojową postawę, bo poczucie zagrożenia było coraz większe. Ktoś tu był. Skupiła się, zamykając swoje zmysły na wszystko inne poza wrogą obecnością. Uskoczyła w ostatniej chwili, kiedy coś uderzyło z dużą siłą prosto w miejsce, w którym przed chwilą stała. Cofnęła się do środka swojej chaty. Zaraz przed nią wylądowała zamaskowana postać, ubrana w długi, czarny płaszcz z czerwonymi wzorami w kształcie kwiatów. Hokage wciągnęła powietrze. Agent Akatsuki? To było zbyt proste, zbyt głupie, atakować ją w jej siedzibie. No ale dobrze, skoro chciał walki, to będzie ją miał.

Ledwie poczuła ostrze, które nagle, bez żadnego ostrzeżenia przeleciało po jej plecach, tnąc jej strój na kawałki. Jasnowłosa hokage poczuła, jak cały jej strój opada na ziemię, przeciętny na dwie połówki. Czyli ktoś jeszcze tu był? Odwróciła się szybko, zauważając tylko fragment ruchu. Zrozumiała, że zrobiła błąd, ale było już za późno, bo czyjaś stopa kopnęła ją z całej siły w plecy. Tsunade uderzyła o ścianę, ale szybko podniosła się. Wiedziała, że ma przeciwko sobie co najmniej dwóch wrogów. Zastanawiała się, czy powinna wezwać pomoc, ale żeby hokage nie mogła poradzić sobie z dwójką pospolitych zabójców? To by było zbyt proste. Nie czekając na kolejny atak, skoczyła przed siebie, mierząc pięścią w przeciwnika. Ale nagle ktoś spadł na nią z góry, przygniatając do ziemi. Kolejne uderzenie, teraz w głowę, sprawiło, że gwiazdy zatańczyły jej przed oczami. Drewniany sandał uderzył ją w bok.

Krzyknęła z bólu, kiedy ktoś złapał ją za włosy i uderzył w czoło, rzucając przez długość pokoju. Ale teraz nie trafiła na ścianę, bo już na nią czekano. Pięść wbiła się w jej brzuch, sprawiając, że hokage straciła na chwilę oddech. Złapano ją za nogę, wykręcając ją boleśnie. Ruga zamaskowana postać była już przy niej, a jej but wylądował na głowie Tsunade, wgniatając jej twarz w drewnianą podłogę. Czuła, że z nosa i z rozciętych warg leci jej krew. Ci, którzy ją zaatakowali, byli silni i zręczni. Ale ona nie miała zamiaru się poddać. Drugą nogą uderzyła tego napastnika, który wykręcał jej pierwszą. Podskoczyła, wykonując w powietrzu obrót, a jej ręka zacisnęła się na szyi atakującego. Uniosła ją do góry, zrywając maskę zakrywającą twarz. Jej oczy otworzyły się szeroko, kiedy pod maską zobaczyła twarz młodej dziewczyny. Znała tą twarz.

- Sakura? – Tsunade nie mogła uwierzyć, kiedy widziała pod maską twarz swojej uczennicy. Zawahała się. Wtedy kopnięcie trzymanej przez nią dziewczyny wbiło się w jej brzuch. Tsunade wypuściła powietrze i puściła Sakurę. Ta wykonała podskok i jej sandał uderzył Tsunade w brodę, przewracając ją na ziemię. Sakura podniosła z ziemi maskę i założyła ją na twarz.

Krzywiąc się z bólu, Tsunade podniosła się z ziemi, tylko po to, żeby być znowu zaatakowaną. Teraz zaatakowano ją z dwóch stron na raz, seria uderzeń i kopnięć posłała ją znów na podłogę. Ktoś złapał ją za obie ręce i szarpnął, wyciągając do góry, a noga drugiego atakującego uderzyła w jej duże piersi. Puszczona, padła na ziemię.

- Chyba ma już dosyć walki, co? – usłyszała głos drugiego z napastników. Znała go bardzo dobrze.
- Ino… Sakura… ? - jej rozcięte, obolałe wargi sprawiały, że mówiła z trudem. Wszystko ją bolało.
- Pani Ino i Pani Sakura dla ciebie, szmato – blondynka patrzyła na twarz swojej przywódczyni z pogardą – Wielkocyca starucho, której wydaje się że jest niewiadomo kim.
- Mistrz Orochimaru wskazał nam właściwą drogę – Sakura zdjęła z twarzy maskę – Ty jesteś na niej przeszkodą, którą trzeba usunąć.
- Ja… co… - Tsunade nie miała sił walczyć, kiedy nagle ręka Sakury znalazła się między jej nogami, poruszając się intensywnie. Wbrew swojej woli czuła, jak rośnie w jej rozkosz, brutalnie wymuszona przez różowowłosą wojowniczkę. Ino nie traciła czasu, stanęła za nią i zamknęła ręce na dużych piersiach Tsunade, masując jej, zaciskając palce na jej twardych sutkach. Chociaż Tusnade wszystko bolało, nie mogła powstrzymać napływającej przyjemności. Obie dziewczyny wiedziały co robić.

Nie mogła uwierzyć w to, że została pobita i upokorzona przez dwie swoje uczennice. Obie twierdziły, że służą Orochimaru. Język Ino dotknął jej karku, a palce Sakury bawiły się z jej łonem, sprawiając, że jej soki płynęły coraz mocniej. Nie mogła, chociaż próbowała, powstrzymać się od jęków rozkoszy, coraz głośniejszych, bo Sakura i Ino robiły to coraz mocniej. Nie było w tym jednak niczego z miłości, obie doprowadzały swoją dawną mistrzynię do rozkoszy z jakąś złośliwą, perwersyjną przyjemnością, zmuszając ją do czegoś, czego nie chciała. Słyszała ich śmiech. Była za słaba, żeby im nawet odpowiedzieć. Bo rozkosz, która w niej rosła, była coraz mocniejsza.

- Ohhhhhh!!!!! – jej długi, przeciągły jęk wypełnił pomieszczenie, kiedy Tsunade zaczęła szczytować. Jej zwyciężczynie patrzyły z satysfakcją na rozciągniętą na drewnianej podłodze hokage, której nagim ciałem wstrząsała rozkosz. Sakura nie dała jej czasu, fundując jej intensywną palcówkę i zaraz potem Tsunade doszła jeszcze raz. Ino zrzuciła swój płaszcz i siadła na twarzy Tsunade, przyciskając do niej swoje nagie łono i ocierając je o twarz. Obie dziewczyny chichotały głośno, zmuszając hokage Konochy do służenia im. Kiedy Ino doszła na jej twarzy, zamieniły się miejscami. Teraz to blondynka palcami penetrowała rozgrzaną, wilgotną cipkę Tsunade, a Sakura, siedziała na jej twarzy. Ręce Tsunade związano kawałkami jej własnego stroju. Jej spocone ciało podskakiwało na trzeszczącej podłodze.

Kiedy dziewczyny w końcu wstały, Tsunade nie miała już nawet siły, żeby się ruszać. Była za bardzo wyczerpana tym wszystkim. Jej twarz była pokryta sokami dziewczyn, wsiąknęły też w jej włosy. Między jej nogami była kałuża jej własnych soków.
- No to czas na prezent pożegnalny – powiedziała Sakura, wyjmując spod płaszcza pudełko. Położyła je między szeroko rozstawionymi nogami Tsunade.
- To nasz prezent dla ciebie, zdziro – powiedziała – Miłej zabawy!
Obie zniknęły, a ledwie przytomna Tsunade patrzyła, jak pudełko otwiera się i wychodzi z niego coś w rodzaju niedużej ośmiornicy. Szurając po ziemi, pełzło prosto między nogi Tsuande.
- Nie… nie… - szeptała tylko, kiedy nagle, szybko stworzenie dopadło jej, owijając swojej macki wokół jej ud i przysysając się do jej łona. Czuła jak ciepły, szeroki członek wsuwa się do jej wilgotnej cipki. To nie mogło się dziać.

Mocne pchnięcie prawie rzuciło ją po ziemi. Istota posuwała ją głębokimi, intensywnymi ruchami, sprawiając, że Tsunade cicho jęczała. Nie miała siły, żeby się temu czemuś przeciwstawić. Wciskało się głęboko do jej środka, biorąc ją bez litości. Jej zmęczone ciało nie stawiało żadnego oporu. Jej wielkie piersi drżały i podskakiwały z każdym ruchem. Mając związane ręce Tsunade cicho błagała o koniec. Mijał czas, a istota cały czas poruszała się. Czuła, jak rośnie. I wtedy nagle, wystrzeliła, wypełniając swoją ofiarę gęstym, lepkim, ciepłym płynem. Po tym istota odczepiła się od niej i odpełzła gdzieś. Tsuande patrzyła z przerażeniem na jej brzuch, który powoli się powiększał. Próbowała się podnieść. I wtedy drzwi jej chaty otworzyły się i do środka wbiegła Shizune. Tsunade spojrzała na nią. Widziała swoją siostrzenicę w rozerwanych ciuchach i z brzuchem tak dużym, jakby była w ciąży.
- Ratunku! – krzyknęła Shizune, szukając wzrokiem Tsunade – Czuję, że ja zaraz…
- Oh nie, ty też! – jęknęła Tsunade. Kiedy Shizune zobaczyła ją na ziemi, zaraz podbiegła, żeby ją uwolnić. Ale kiedy to robiła, nagle nie wytrzymała, padła na podłogę i rozsunęła szeroko nogi.
- Augghmmmmmm!!!!!!! – krzyczała, kiedy spomiędzy jej nóg wysuwała się istota, podobna do tej, która wcześniej zapłodniła Tsunade.
- Gahhhhhhhmmmm!!!! – dołączył do niej krzyk Tsunade, która właśnie poczuła, że też zaczyna rodzić. Ich dłonie zacisnęły się na sobie, kiedy obie, hokage i jej siostrzenica, rodziły potwora za potworem. W tym samym czasie podobny los czekał większość kobiet w Konosze. Orochimaru stał na środku wioski i uśmiechał się, słuchając krzyków i jęków, które słychać było z domów.