Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sophitia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sophitia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 czerwca 2012

(Soul Calibur) Wakacje 3


Krótkie zakończenie wakacyjnej historii z Soul Calibur.

Tytuł: Wakacje
Z: Soul Calibur
Rating: NC-17


Ivy stała oparta o framugę drzwi do celi. W środku jeden z jej żołnierzy pieprzył usta Cassandry, zmuszając dziewczynę do seksu oralnego. Głowa młodszej siostry Sophitii poruszała się rytmicznie do przodu i do tyłu, a jej usta przesuwały się po jego twardym członku. Jej starsza siostra siedziała na podłodze, przykuta do ściany metalowymi kajdanami. Patrzyła na to wszystko z obrzydzeniem i nienawiścią, układała sobie w głowie całą listę rzeczy, które zrobi Ivy, kiedy odzyska wolność i dopadnie tą diablicę. Nie mogła jej wybaczyć tego, co zrobiła z nią, ale jeszcze bardziej nienawidziła jej teraz za to, co spotkało jej siostrę.

Cassandra nie opierała się już w żaden sposób. Na początku broniła się za każdym razem, kiedy przychodzili, ale teraz wiedziała, że nie ma już szans, żeby z nimi walczyć, dlatego postanowiła, że nie będzie ryzykować kolejnych siniaków, które zostawiały jej pięści. Żołnierze szybko to dostrzegli i robili z nią już wszystko co chcieli. Sophitia wciąż musiała być związana, kiedy ją brali, ale Cassandrze zdejmowano łańcuchy, a ona nie robiła im żadnych problemów, spełniając ich wszystkie, nawet najbardziej obsceniczne żądania. Sophitia nie mogła na to patrzeć, na jej oczach jej siostra zmieniła się w wyuzdaną dziwkę.

- No, czas na deser – powiedziała Ivy, patrząc jak żołnierz wypełnia usta Cassandry swoim nasieniem. Wojowniczka wiedziała, o co Ivy chodzi. Na kolanach podeszła do skutej Sophitii. Drugi żołnierz podszedł do niej. Usta obu sióstr połączyły się, kiedy żołnierz wziął Cassandrę od tyłu, pieprząc jej tyłek mocno i brutalnie. Ivy śmiała się cicho, patrząc na nasienie kapiące z kącików ust obu sióstr. Ich upodlenie było dla niej przyjemnością. Nienawidziła tej dwójki. Z rozkoszą patrzyła, jak złamała Cassandrę i jak cierpiała z tego powodu Sophitia. Zastanawiała się już, co z nimi zrobi, kiedy już skończy. Może gdzieś sprzeda? Na pewno znalazłoby się wielu chętnych. Tylko musiała zrobić coś z Sophitią. Cassandra była już gotowa do wszystkiego, ale w jaki sposób złamać jej starszą siostrę? Zastanawiała się nad tym. Próbowała już przecież wszystkiego. A jednak jasnowłosa wojowniczka, nieważne co by ją spotkało, ciągle patrzyła na nią z gniewem i nienawiścią.

Sophitia nie wiedziała, jak długo to wytrzyma. Codziennie, po kilka razy, na różne sposoby. Nie pamiętała twarzy mężczyzn, którzy ją brali. Od przodu, od tyłu, ich członki penetrowały jej cipkę i odbyt, a także jej usta. Kiedy chociaż trochę się sprzeciwiała, bili ją. Zmuszali do upokarzających deklaracji, a kiedy odmawiała, kazali to mówić jej siostrze. Cassandra posłusznie opowiadała, jaką wielką dziwką jest Sophitia, jak uprawiała seks z każdym, kto ją o to poprosił, nie ważne kim był. Mogła tylko tego słuchać z przerażeniem i wstydem. Tak jak teraz, usta Cassandry wiele razy wpijały się w jej usta, zmuszając ją do mokrych, śliskich od nasienia pocałunków. Sophitia nienawidziła tego, ale nic nie mogła zrobić. Jedyne co jej zostało, to nie ulec i nie dać się złamać. Nie mogła zamienić się w w posłuszną niewolnicę seksualną, tak jak jej siostra. 

Zamyślona Ivy, obserwująca to, nawet nie zauważyła, kiedy jej żołnierz skończył. Sperma kapała spomiędzy pośladków Cassandry. Żołnierz zapiął rozporek i wyszedł z celi. Sięgnęła po klucz, żeby przykuć dziewczynę znowu do ściany. Podeszła do niej. Wtedy Cassandra, ku jej zaskoczeniu, zaatakowała. Łańcuch, którym zwykle przykuwana była do ściany, przeciął powietrze i owinął się wokół ramienia Ivy. Cassandra szarpnęła, przyciągając ją do siebie i w tej samej chwili uderzając pięścią w twarz. Rozległo się chrupnięcie i Ivy poczuła, jak j ej nos się łamie. Krew spływała po jej twarzy. Zaskoczenie i wściekłość miotały nią, ale zanim zdążyła coś zrobić, silne kopnięcie posłało ją na ścianę. Z sufitu posypał się tynk, kiedy uderzyła w nią.

Cassandra wiedziała, że najpierw powinna uwolnić siostrę, ale nie mogła dać tej kobiecie czasu na pozbieranie się. Dopadła Ivy i posłała serię uderzeń pięścią w jej brzuch. Ivy ugięła się, a wtedy łokieć Cassandry wbił się w jej kręgosłup. Z głuchym jękiem krótkowłosa kobieta upadła na ziemię. Casandra wylądowała na niej, wyciągając jej rękę do tyłu, prawie wyłamując ramię. Ivy krzyknęła z bólu i zrzuciła z siebie przeciwniczkę. Cassandra podniosła się niemal natychmiast. Ivy była już przy niej, kopnięciem podcięła jej nogi, a kiedy Cassandra opadła na ziemię, oplotła nimi jej kark. Chciała go złamać, ale wtedy przykuta do ściany Sophitia kopnęła ją w plecy. Zaskoczona zwolniła uchwyt, co wykorzystała Cassandra, wyzwalając się. Jej kopnięcie jeszcze raz rzuciło Ivy na ścianę. Teraz jednak nie dała jej szans i posłała uderzenie prosto w głowę. Ivy znieruchomiała, tracąc przytomność. Dopiero teraz Cassandra wstała, obszukała jej ciało i wyjęła klucz, którym uwolniła siostrę.

- Czekałam na odpowiednią chwilę – powiedziała – przepraszam, że tak długo to trwało. Uciekajmy już stąd.
- Poczekaj – Sophitia spojrzała na leżącą na ziemi kobietę – Mamy dług do wyrównania, prawda?
- Nie wiem… wydaje mi się, że powinniśmy stąd uciec jak najszybciej.
- Nie ma mowy. Za to co zrobiła, należy jej się podziękowanie.

 Kiedy jeden z żołnierzy wszedł do celi, chcąc zabawić się ze schwytanymi siostrami, znalazł w niej tylko Ivy. Była naga i krępowana, jej nogi rozrzucone było szeroko, a usta zakneblowane. Na pośladkach ktoś napisał szminką „Pieprz mnie”. Wojowniczka próbowała się uwolnić i na widok żołnierza uśmiechnęła się, licząc, że jej pomoże. Podszedł do niej, ale zamiast ją rozwiązać, rozpiął spodnie. Ivy zaczęła machać głową. Próbowała coś krzyknął, ale knebel jej to uniemożliwiał. Zduszony jęk dobiegł z jej ust, kiedy twardy członek wszedł w nią. Po kilku minutach do celi wszedł kolejny żołnierz, po nim następny…

(Soul Calibur) Wakacje 2



Tytuł: Wakacje
Z: Soul Calibur
Rating: NC-17

Sophitia siedziała, oparta o ścianę. Okryta była szarą szmatą, z jej stroju nie zostało już nic, tylko buty. Siedziała na materacu, a jej prawa ręka przykuta była łańcuchem do ściany. Zrobili to po tym, jak próbowała uderzyć  tego, który przynosił jej jedzenie i uciec. Niestety, była tak słaba, że nawet pojedynczy strażnik sobie z nią poradził. To załamało ją do reszty, bo skoro jeden zwykły mężczyzna bez kłopotu ją powalił, to co z niej za wojowniczka? Nie wiedziała, ile minęło czasu i jak długo tutaj już jest. Od tamtego czasu Ivy nie odwiedziła jej już ani razu. Może i dobrze, nie była pewna, czy chciałaby znowu oglądać tą wiedźmę. Zastanawiała się, czy jeszcze ma jakieś szanse, żeby uciec z tego piekła. Przychodzili do niej codziennie, czasem kilku, czasem kilkunastu, w różnych porach, ale wszyscy robili z nią to samo, tylko na różne sposoby.

Usłyszała na korytarzu powoli zbliżające się kroki. Ktoś szedł. Jeden, jak podejrzewała. Rzadko przychodzili pojedynczo, bo ciągle obawiali się, że jednak może coś im zrobić. Oczywiście, nie była głupia i nie miała zamiaru się narażać, jeżeli to nie było konieczne. Ale oni woleli nie ryzykować. Ktoś przekręcił klucz w zamku i pchnął drzwi do środka, otwierając je szeroko. Podniosła wzrok… Do środka wszedł potężnie zbudowany żołnierz, trzymający przerzuconą przez ramię nieprzytomną kobietę. Położył ją na ziemi i wyciągnął jednym ruchem ręki materac spod Sophiti. Jęknęła i spojrzała na przyniesioną.

- Nieeeeee!!! Zostaw ją! Weź mnie!  – krzyknęła, a jej krzyk odbił się echem w korytarzach. W podłodze leżała jej siostra, Cassandra. Żołnierz zdzielił Sophitię w twarz szeroką dłonią, karząc jej się zamknąć. Niebieski strój Cassandry był podarty, a jej dłonie były skute metalowymi kajdanami za jej plecami. Tylko kawałki jej ciemnych rajstop znajdowały się jeszcze na jej nogach. Żołnierz podniósł ją z ziemi i położył na materacu. Ręką zdarł jej majtki, i zaczął macać jej kobiecość, wciskając palce coraz głębiej. Cassandra odzyskiwała powoli zmysły. Otworzyła oczy, żeby zobaczyć własną siostrę przykutą do ściany. Czuła, co z nią się dzieje.

- Nie! Proszę, nie!!! – zaczęła krzyczeć, ale była słaba, a kajdany więziły jej ręce.
- Trzymaj ryj! – żołnierz krzyknął i uderzył ją w wypięte do góry pośladki, zostawiając na nich czerwony ślad. Sophitia patrzyła na wszystko z wściekłą bezsilnością. Żołnierz złapał jej siostrę za piersi. Były mniejsze niż u Sophiti, ale też podobały się mężczyznom. Gniotąc je i ściskając boleśnie, tak że dziewczyna krzyczała, rozpiął rozporek i wszedł w nią z całej siły. Głośny jęki Cassandry wypełnił celę. Po jej twarzy płynęły łzy. Płakała też Sophita, patrząc na to wszystko. Jej siostra była wojowniczką, równie dzielną i nieustraszoną co ona. Nie była jednak tak doświadczona i pewnie łatwo dała się złapać. Sophitia nie chciała na to patrzeć, ale starała się nie zamykać oczu, ale patrzeć siostrze w oczy. Bała się cokolwiek powiedzieć, żeby nie prowokować tego żołnierza, ale chciała, żeby jej siostra znalazła w jej oczach jakieś pocieszenie, otuchę. O ile w takiej sytuacji można było o tym mówić. Żołnierz brał ją szybkimi, głębokimi pchnięciami, gniotąc między palcami jej piersi, zaciskając palce na twardych sutkach.

Cassandra czuła się jak męczone zwierze, jak zabawka w jego rękach. Nie traktował jej nawet jak człowieka, ale jak przedmiot, którego się używa dla przyjemności. Na początku się szarpała, ale była za słaba a on zbyt silny. Jej włosy fruwały na wszystkie strony, kiedy jej ciało podskakiwało z każdym pchnięciem. Kiedy jej siostra zaginęła podczas poszukiwań, od razu wyruszyła na poszukiwanie, licząc, że jeśli Sophitia miała kłopoty, to ona jej pomoże. Niestety, zamiast tego sama w nie wpadła. Dała się złapać, tak łatwo i banalnie. Otoczyli ją na opustoszałym rynku. Było ich kilkunastu, wszyscy mieli okute żelazem kije. Oczywiście, walczyła, tak jak potrafiła najlepiej. Wiedziała, że co najmniej jednego położyła trupem a kilku innych poważnie zraniła. Ale w końcu padła na ziemię pod nadchodzącymi ze wszystkich stron uderzeniami, a kiedy leżała na czworakach, spadło na nią jeszcze więcej ciosów, przygniatając do kamiennego podłoża. Nie pamiętała nawet, kiedy straciła przytomność. A kiedy się obudziła…

 Czuła, jak jego ślina kapie na jej plecy, kiedy wchodził w nią rytmicznie i coraz szybciej. Jedna z jego rąk wcisnęła się między jej wargi, do jej ust, potem bawiła się jej policzkami. Nagle złapał ją za włosy i odchylił jej głowę do tyłu. Cassandra zacharczała, kiedy jego członek wystrzelił w niej, wypełniając jej zbolałą kobiecość swoim ciepłym, lepkim nasieniem. Zmieszane z jej sokami spływało po jej udach i kapało na ziemię. Zmusił ją, żeby klęknęła przed nim, złapał znowu za włosy i zmusił do robienia laski. Z szerokim i złośliwym uśmiechem patrzył na Sophietię.
- Tęsknisz za tym? – spytał, kiedy poruszał rytmicznie głową Cassandry do przodu i do tyłu. Dziewczyna krztusiła się jęczała, łapiąc z trudem powietrze, kiedy wielki członek, na którym ciągle jeszcze były jej soki i nasienie, poruszał się między jej wargami. Wiedziała, że patrzy na to jej siostra, wstydziła się, ale czuła, że nie może się przeciwstawić temu człowiekowi. Inaczej odgryzła by mu tego członka i wypluła. Ale nie mogła, wiedziała, że jest słaba i że nie może stawiać  mu żadnego oporu. Czuła się jak śmieć.

Jego ręka zanurzona w jej włosach nadawała Cassandrze rytm i tępo. Dziewczyna nauczyła się już oddychać przez nos. Wielkie, owłosione jądra obijały się o jej twarz z każdym mocniejszym ruchem. Cassandra błagała w myślach, żeby to się już skończyło, żeby wreszcie przestał. Czuła się upokorzona, jeszcze bardziej niż gwałtem. To był ten rodzaj seksu, którym zawsze się brzydziła. Uważała, że robią to tylko najbardziej zdeprawowane kobiety. A teraz sama była do tego zmuszana. Wielki penis ledwie mieścił się w jej ustach, naciągając boleśnie ich kąciki.
- Nie połykaj, zostaw w ustach – powiedział żołnierz, trzymając ją i zaraz potem doszedł. Dziewczyna robiła co mogła, żeby spełnić jego polecenia. Jej policzki wydęły się jak balony. Żołnierz bez słowa odwrócił ją, złapał za włosy, przyciągnął do Sophiti i wtedy dłońmi nacisnął na policzki Cassandry. Nasienie z jej ust wystrzeliło na twarz jej siostry. Śmiał się głośno, patrząc na to.
- Wyczyść – powiedział tym samym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. Przycisnął jej twarz do twarzy siostry. Cassandra językiem zlizywała z policzków, czoła, nosa, oczu, ust brody tamtej nasienie.
- Nic nie mów, bądź silna, Cassie – szepnęła Sophitia tak, żeby tamten nie słyszał – musisz. Zrób co ci każą.

Przełykając łzy upokorzenia, Cassandra wylizała jej twarz do czysta. Żołnierz zaciągnął ją pod ścianę i przymocował jej kajdany do żelaznej obręczy. Kiedy skończył, wyjął coś z kieszeni. Były to dwie plastikowe kulki z dziurkami, ze skórzanymi rzemykami po bokach. Pochylił się nad Cassandrą i wcisnął jej kulkę do ust, zamykając rzemyki z tyłu jej głowy. Potem to samo zrobił z Sophitią. Przez chwilę liczyła, że jak pójdzie, to zdejmie ten knebel swoją wolną ręką. Jednak jej także drugą ręką zamknął w metalowej obręczy na ścianie. Była bezsilna. Obie siostry patrzyły na siebie z rosnącym żalem, kiedy zamknęły się za wychodzącym żołnierzem grube drzwi. Sophitia nie wiedziała, co ma zrobić, żeby dać siostrze chociaż odrobinę otuchy. Cassandra cały czas cicho płakała.

Kiedy po godzinie drzwi się otworzyły, Sophitia była pewna, że to znowu ci ludzie. Ale nie, w drzwiach stała Ivy. Weszła do środka i popatrzyła z uśmiechem pełnym pogardy na obie uwięzione kobiety.
- Wzruszające rodzinne spotkanie, co? – powiedziała w kierunku Sophitii – zastanawiałam się, czego ci może na wakacjach u nas brakować i pomyślałam, że możesz czuć się trochę samotna. Masz co dzień dużo towarzystwa, ale jednak mężczyźni to mężczyźni. No więc udało mi się zaprosić na wakacje też twoją siostrę. Jestem pewna, że chętnie dotrzyma ci towarzystwa. Razem będziecie z jeszcze większą przyjemnością dzielić atrakcje, jakie dla was przygotowałam.
Spojrzenie Sophitii wycelowane w nią  mówiło, że jasnowłosa greczynka zabije Ivy, jeżeli tylko będzie miała okazję.
- No nie rób takiej miny – powiedziała Ivy, widząc to – Nie mam zamiaru żądać pieniędzy, wszystkie atrakcje macie za darmo. Luksusowo urządzony pokój, wyżywienie, codzienne atrakcje, miłe towarzystwo, dbająca obsługa i pełna dyskrecja. Jestem pewna, że mój ośrodek wczasowy będziecie pamiętać do końca życia, ha ha ha! Dobrze, muszę już iść, niedługo przyjdą tu panowie, którzy zajmą się waszymi wieczornymi rozrywkami. Przyjemnej zabawy!

(Soul Calibur) Wakacje 1


Tytuł: Wakacje
Z: Soul Calibur
Rating: NC-17

Żołnierz pchnął Sophitię z całej siły, wrzucając jasnowłosą wojowniczkę do niedużego pomieszczenia. Grecka wojowniczka nie miała już siły, żeby stawiać mu opór. Przybyła tutaj wczoraj, po całodziennej, długiej podróży i była zmęczona. Ślady na jakie natrafiła, wskazywały, że gdzieś tutaj, w Iranie, znajduje się Soul Calibur, miecz który przysięgała zniszczyć. Odnalazła, zgodnie ze wskazówkami, opuszczoną bazę wojskową na pustyni, gdzieś na północy kraju. Ale kiedy przybyła na miejsce, już na nią czekali. Została zaatakowana ze wszystkich stron. Walczyła jak mogła najlepiej, ale zmęczenie dawało o sobie znać. Położyła trupem trzech przeciwników, kiedy zobaczyła dwóch następnych, którzy zarzucili na nią siatkę. Nie zdążyła jej uniknąć. Szarpiąc się i miotając, próbowała się z niej uwolnić, ale nie była w stanie. Nagle ze wszystkich stron spadły na nią uderzenia. Pięści i buty uderzały w nią, sprawiając, że nie mogła już stać na własnych nogach. Przewróciła się, a wtedy zaczęli ją bić jeszcze mocniej.

Kiedy już prawie się nie ruszała, ściągnęli siatkę. Słyszała jak mówią coś w języku, którego nie rozumiała. Potem jeden z nich złapał ją i związał jej ręce żyłką, która boleśnie wpijała się w jej skórę. Złapał ją za włosy i zmusił, żeby wstała. Prowadził ją jakiś czas zimnym, podziemnym korytarzem. Sophitia ledwie trzymała się na nogach, kiedy raz się potknęła, żołnierz uderzył ją tylko i zmusił, żeby szła dalej. Wszystko ją bolało. Była zamroczona, nie wiedział gdzie jest i co się dzieje. Jej ubranie było w  wielu miejscach podarte i miało ślady krwi. Wojowniczka zastanawiała się, czy byłaby w stanie wyrwać się i uciec, ale zanim o tym pomyślała, żołnierz otworzył nieduże, metalowe drzwi i wepchnął ją do środka. Cela była nieduża, na ziemi leżał brudny materac a z sufitu zwisała pojedyncza żarówka.

Sophitia zatoczyła się, a żołnierz wszedł za nią do środka i uderzył ją pięścią, popychając na materac. Upadła, przyciskając twarz do brudnego, cuchnącego materiału. Zołnierz pochylił się nad nią i rozerwał jej tunikę i pas a potem cisnął je w kąt. Duże, pełne piersi zostały całkiem nagie. Zacisnął na nich ręce, gniotąc jej duże piersi, co sprawiło, że Sophitia jęknęła z bólu. Nie przejmował się tym. Jego palce zacisnęły się na jej sutkach, szczypiąc je boleśnie. Obracał je między palcami i naciskał, sprawiając jej ból. Dziewczyna była słaba, ale piszczała, czując, jak ten łotr brutalnie bawi się jej piersiami. Nie miała jednak siły, żeby go zrzucić czy odepchnąć.

Żołnierz nie tracił czasu, tylko zerwał dolną część jej stroju, od razu razem z majtkami. Sophita wiedziała już, co zamierza, ale nie miała w sobie dość siły, żeby z nim walczyć. Kiedy krzyknęła głośniej, uderzył ją z całej siły w twarz otwartą dłonią, zostawiając czerwony ślad na jej policzku. Potem skończył zrywać jej strój, aż była całkowicie naga. Miała na sobie już tylko swoje rzemienne sandały i naramienniki. Poczuła, jak jego ręka wsuwa się między jej nogi, dotykając jej tam, gdzie od dawna nikt jej nie dotykał. Wydała z siebie przeciągły jęk prostestu, kiedy jego palce rozchyliły jej dolne wargi, molestując ją.

Pochylił się i zamknął zęby na jej prawym sutku, ssąc go i gryząc. Cały czas nie przerywał molestowania, robiąc Sophitii ostrą palcówkę i sprawiając, że wbrew swojej woli grecka wojowniczka czuła przyjemność. Od czasu do czasu mówił coś do niej w swoim języku, ale ona nie rozumiała z tego ani słowa. Czuła się straszliwie słaba, jak zwykła kobieta. Słaba, bezbronna i upokorzona. Wszystko odbyło się za szybko. Teraz, leżała związana w jakimś obskurnym pomieszczeniu, a zarośnięty obcy mężczyzna bawił się nią, jakby była jego niewolnicą. Szukała w sobie siły do walki, ale nie mogła jej znaleźć.

Mężczyzna rozpiął rozporek i wyciągnął swojego długiego, w pełni sztywnego członka. Sophitia patrzyła na niego ze strachem, domyślając się, co zamierza. Położył ręce na jej udach, rozsuwając je szeroko. Nie zdążyła zaprotestować, kiedy wszedł w nią. Jej wilgotna od pieszczot cipka przyjęła go łatwo. Nie mogła powstrzymać jęku, kiedy wchodził w nią. Trzymając ją mocno, żołnierz wchodził w nią z całej siły, gwałcąc blondynkę szybko i brutalnie. Słyszała jak chrząka, gdy się w niej zagłębiał, aż do końca. Położył ręce znowu na jej piersiach, cisnąc je mocno. Sophita podskakiwała z każdym jego ruchem, jej spocone ciało nie stawiało mu żadnego oporu. Zresztą, z rękami związanymi za plecami, niewiele mogła zrobić. Mogła tylko jęczeć, kiedy brał ją bez jakiegokolwiek szacunku.

Mężczyzna jęknął głośniej, gdy doszedł, wypełniając jej wilgotną cipkę własnym nasieniem. Wyszedł z niej, a soki zmieszane z jego nasieniem kapały na materiał materaca. Obrócił swoją ofiarę na brzuch. Sophita czuła, jak jego ręce dotykają jej pośladków i rozchylają je. Prawie krzyknęła z bólu, gdy wszedł w nią od tyłu. Wcisnął w nią swojego członka, tak głęboko jak mógł. Wojowniczka wrzasnęła jeszcze raz, czuła teraz ból jakiego wcześniej nie znała. Żołnierze roześmiał się, coś powiedział i złapał ją za jej długie włosy, wyciągać jej głowę boleśnie do tyłu. Cały czas pieprzył ją. To było jeszcze bardziej upokarzające, czuła się prawie jak zwierzę. Mężczyzna rechotał ze śmiechu. W końcu wyszedł z niej. Poczuła przez chwilę ulgę, ale zaraz podniósł ją i umieścił na kolanach.

Widziała jak jego członek dynda przed jej twarzą. Złapał ją i zmusił, żeby otworzyła usta, a potem wsunął go między jej wargo. Sophitia dławiła się i krztusiła, kiedy zmuszał ją do tego. To było obrzydliwe. Krztusiła się i dławiła. Przez chwilę chciała mu go odgryźć, ale bała się, że jeżeli to poczuje, to może wtedy zrobić jej coś jeszcze gorszego. Dlatego robiła to, do czego ją zmuszał, choć musiała walczyć z własnym obrzydzeniem. Tuż przed końcem wyjął go. Jego nasienie wytrysnęło na jej twarz, na jej włosy. Ciepłe i lepkie, spływało po jej brodzie i policzkach. Pchnął ją znów na materac, wsunął spodnie i wyszedł. Nie zamknął jednak drzwi. Do środka wszedł ktoś inny.

Resztkami sił Sophita patrzyła na wchodząca do środka postać. Miała taki sam mundur jak tamten żołnierz, ale była kobietą. Miała krótkie, jasne włosy, a w oczach coś wywoływało strach. Grecka wojowniczka poznała ją.
- Witaj Sophitio – powiedziała Ivy, stojąc w drzwiach – Jestem pewna że docenisz gościnę. Tak, to ja puściłam te fałszywe plotki, nie musisz pytać. Wiesz, jaka to przyjemność widzieć cię tutaj? Ci dobrzy ludzie zgodzili się mi pomóc w poszukiwaniu miecza. Oczywiście, musiałam im coś obiecać w zmian. Od razu pomyślałam o tobie. Egzotyczne wczasy dobrze ci zrobią. A wiesz, podobno męska sperma dobrze robi na cerę. Będziesz jej miała pod dostatkiem. Do tego darmowe wyżywienie, noclegi i duuużo atrakcji – Ivy uśmiechnęła się szeroko. Nie, nie musisz dziękować…
Po tych słowach wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Jedną konkurentkę miała już z bani, trzeba było teraz pomyśleć o następnych.

(Soul Calibur) Opowieść zimowa 2


Minęło już dużo czasu, od kiedy Sophitia zaginęła bez wieści. Jej siostra, Cassandra, na początku nie martwiła się z tym. Wiedziała, że jej starsza siostra lubi podróże. Ale ostatni list od Sophitii przyszedł z Hiszpani. Pisała w nim, że pokonała już ostatniego przeciwnika i niedługo wróci do domu. Ale minęło kilka miesięcy i Cassandra dalej nie widziała swojej siostry. Martwiła się coraz bardziej. W końcu wślizgnęła się do świątyni Hephaestusa i zabrała z niej miecz i tarczę, podobne do tych, których używała Sophitia. Wydała swoje oszczędności na podróż i popłynęła do Hiszpani.

Podróżując śladem Sophitii dotarła do biblioteki w Madrycie, z której tamta korzystała. Znalazła nawet książki, które czytała. Długo szukała, zanim udało jej się znaleźć informację o górskim sanktuarium Hephaestusa, ukrytym gdzieś głęboko w górach północnej Grecji. Domyśliła się szybko, gdzie powinna szukać śladów Sophitii. Ale martwiło ją, że skoro jej siostra wyruszyła do Grecji, to powinna była przecież szybko wrócić do domu. A jeżeli coś się stało? Coraz bardziej obawiająca się o siostrę Cassandra szybko wróciła w rodzinne strony. Teraz jednak wyruszyła na północ, w góry. Tam znalazła miejsce, w którym miało znajdować się sanktuarium. Wieśniacy mieszkający niedaleko pamiętali nawet blondynkę, która przybyła tutaj kilka miesięcy temu. Ale nikt jej od tego czasu nie widział. Cassandra bała się coraz bardziej o los siostry. Liczyła się nawet z najgorszymi możliwościami. Ale póki nie widziała ciała Sophitii, póki wierzyła, że może ją odnaleźć żywą i zdrową.

Z takimi myślami wyruszyła w góry. Była późna wiosna, ale szczyty dalej były pokryte śniegiem. Cassandra kupiła futro, którym okrywała się teraz, idąc coraz wyżej i wyżej. Pod nim miała swój niebiesko – biały strój. Nogi okrywały ciemne rajstopy. W krótkich, jasnych włosach miała białą opaskę. Uzbrojona była w krótki miecz i lekką tarczę. Chociaż nie była tak samo dobrą wojowniczką jak jej starsza siostra, potrafiła się bronić. Nie wiedziała co spotkało Sophitię. Wiedziała za to, że jeśli ktoś był w stanie pokonać jej siostrę, ona nie będzie z nim miała szans. Ale miała w sobie dość siły i odwagi, żeby iść dalej, nie bać się tego, co ją może czekać.

Śnieg pokrywał drogę, którą szła. W oddali dostrzegła jednak coś jakby smugę dymu wydobywającą się z otworu w skałach. Zaskoczyło ją to. Skoro był ogień, to ktoś go musiał zapalić, ale kto mógł mieszkać w takim miejscu? Przyspieszyła, bo mimo futra było jej też coraz zimniej. W końcu dotarła do wejścia do jaskini. Weszła. W środku paliło się ognisko. Przy nim ktoś leżał. Podeszła bliżej. Owinięta w futro leżała tam młoda kobieta. Cassandra od razu ją poznała.
- Sophitia! – krzyknęła i podbiegła bliżej. Kobieta odwróciła się i podniosła. Cassandra zatrzymała się. Długie, jasne włosy jej siostry były pozlepiane i rozrzucone. Jej twarz była brudna. Piersi jakby bardziej obwisłe, pokryte czerwonymi śladami. Brzuch wyglądał, jakby miała w sobie piłkę.
- Cas… Cassandra? – Sophitia spytała zaskoczona, jej głos łamał się.
- Co się stało? – Cassandra podeszła bliżej, zrzuciła z siebie futro i pomogła siostrze wstać. Wtedy zobaczyła, że jej kostka jest przywiązana kawałkiem czegoś długiego do wielkiego kamienia.
- Uciekaj! – krzyknęła nagle przerażona Sophita – Uciekaj stąd póki możesz!
- Ale tylko z tobą – Cassandra przecięła mieczem sznur, który trzymał Sophitę. Otuliła siostrę futrem, pod którym ta leżała, pomogła jej założyć jej sandały. Nie wiedziała, co spotkało Sophitię, ale postanowiła, że spyta o to później. Podniosła siostrę i pomogła jej wstać, opierając ją o swój bok. Obie ruszyły ku wejściu.

- Raaarrrrggghhhhh!!!! – usłyszały przerażajacy ryk, kiedy w wejściu do jaskini pojawił się ogr. Pod pachą trzymał jakieś zwierzę ze skręconym karkiem. Widząc, że jego samicę ktoś próbuje ukraść, zaatakował natychmiast. Cassandra zasłoniła się mieczem, nie mogła się ruszać, mając Sophitię opartą o swoje ramię. Ogr uderzył, przewracając na ziemię obie kobiety. Cassandra szybko odturlała się na bok i wstała. Potwór wyglądał strasznie. Skoro był w stanie poradzić sobie z jej siostrą, to jakie ona miała szanse?

Nie chciała jednak się poddać. Z mieczem zaatakowała ogra. Ten uderzył i odtrącił ją na ziemię jak muchę. Potoczyła się pod ścianę. W tym czasie ogr podniósł z ziemi Sophitię i zaniósł ją na jej dawne miejsce. Cassandra wykorzystała to, że potwór odwrócił się do niej plecami i zaatakowała jeszcze raz.

- Aaaaaaa!!!! – krzyknęła, kiedy jej miecz wbił się w plecy ogra. Ten ryknął, porzucił Sophię o odwrócił. Cassandra nie zdążyła wyjąć miecza, szarpnięcie rzuciło ją na bok. Miecz wypadł z jej dłoni i został w plecach ogra. Wielka, kosmata ręka zacisnęła się na szyi Cassandry.  Ogr podniósł ją do góry. Cassandra starała się go kopnąć, ale nie mogła. Długim pazurem rozdarł jej strój. Młoda greczynka krzyknęła ze strachu, widząc jego wielkiego członka, który był między jego nogami. Domyślała się, co spotkało jej siostrę. Teraz miało to spotkać też i ją. Ogr mruczał coś, kiedy powoli opuszczał drżącą Cassandrę na swojego wielkiego, błyszczącego od wilgoci członka. Drżała, gdy powoli rozchylał jej wargi sromowe i wsuwał się pomiędzy nie. Był taki duży…

- Aaaaiiiiiaaaaaauuuuaaaa! – zawyła dziko z bólu Cassandra, kiedy wszedł w nią. Jej siostra miała dużo więcej doświadczeń łóżkowych, ona do tej pory tylko dwa razy to robiła, była dalej ciasna prawie jak dziewica. Gdy ogr wchodził w nią, brutalnie wciskając się do jej środka, czuła, jakby była rozrywana od wewnątrz przez rozgrzany, metalowy pręt. Ogr trzymając ją za ramiona, opuszczał na dół, wchodząc w nią coraz głębiej. Cassandra zamknęła oczy, zaciskając palce z bólu. Org pociągnął ją do góry a potem znów na dół. Czuła jego żyły, biegnące pod bladą, napiętą skórą.

- Ooohhhhhhh!!!!! – jęknęła przeciągle, gdy ogr robił to systematycznie, coraz szybciej. Jego członek penetrował ją, rozpychając za każdym razem jej ciasną cipkę mocniej i mocniej. Rzucała się w jego uścisku, ale nie miała szans na uwolnienie. Była za słaba. Długi, szorstki język ogra lizał jej twarz, zostawiając na niej nieprzyjemne, mokre ślady. Czuła, jak sztywnieje. Ogr przyspieszał, podnosząc ją i osuwając wzdłuż swojego członka coraz szybciej. Cassandra wiedziała, co to znaczy. Krzyczała, błagała, prosiła, żeby przestał. Ogr tylko mruczał z zadowolenia. Jej soki błyszczały na jego członku. Wiedziała, że już niedługo wypełni ją jego nasienie. Czuła się tak bezsilna. Niedługo dołączy do swojej siostry jako kolejna zabawka tego monstrum.

- Arghggghhhhuuuuuu! – ryknął nagle, puszczając Cassandrę. Blondynka opadła na ziemię, w ostatniej chwili ratując się przed uderzeniem w głowę. Z piersi ogra strzeliła fontanna ciepłej krwi, spryskując Cassandrę. Ogr ryczał, podniósł łapy do góry i zaraz potem runął na ziemię. Resztkami sił Cassandra odsunęła się, bo inaczej cielsko by ją zmiażdżyło. Za leżącym ogrem stała Sophitia. Z pleców potwora sterczał wbity głęboko miecz Cassandry, którym jej siostra dobiła ogra. Cassandra i Sophitia podeszły do siebie i płacząc, przytuliły się mocno.

(Soul Calibur) Zimowa opowieść 1


Na zimę krótkie opowiadanie z Sophitia z "Soul Calibur".

Tytuł: "Zimowa opowieść"
Z: Soul Calibur
Rating: NC-17

Śnieg lekko sypał, kiedy Sophitia wspinała się po stromej, górskiej ścieżce. Grecka wojowniczka ostrożnie stawiała kroki. Gdzieś tutaj powinno był znajdować się najstarsze sanktuarium Hephaestusa. W hiszpańskiej bibliotece, już po walce z Cervantesem, przeczytała, że może w nim odnaleźć miecz potężniejszy niż Omega. Chociaż Sophitia chciała wrócić do domu najszybciej jak można, postanowiła, że najpierw odszuka ten miecz. Co z tego, że zniszczyła Soul Edge, jeśli kiedyś mogło pojawić się inne niebezpieczeństwo.

Było zimno, a Sophitia miała na sobie grube futro, narzucone na jej białą tunikę. Jasne, długie włosy miała spięte w pojedynczy, gruby warkocz. Pod grubymi, metalowymi sandałami, miała onuce, żeby chronić stopy przed zimnem. Nie lubiła mrozów, wychowała się w ciepłej Grecji, jako córka piekarza. Jej buty zapadały się w śniegu czasem po kolana, ale młoda wojowniczka szła przed siebie zdecydowanie. Od kiedy zniszczyła Soul Edge, nie bała się już niczego i nikogo.

Poprzez padający śnieg dostrzegła sylwetki naprzeciwko niej. Zbliżały się powoli. Odpięła od pasa swój miecz i poprawiła tarczę. Nie wiedziała kto to ale spotkania w górach o tej porze roku rzadko były bezpieczne. Gdy zrobiła kilka kroków, dostrzegła, kto jest naprzeciwko niej. Były to dwa śnieżne ogry. Uśmiechnęła się, bo oznaczało to, że zbliżała się do celu. Te potwory były pewnie wyznaczone na strażników sanktuarium. Obie bestie poruszały się powoli. Miały ponad dwa metry, ich blado błękitna skóra pokryta była kępkami sierści, bliznami i naroślami. Głowy, wyglądające bardziej jak małpie niż ludzkie, były pokryte szczeciną. Oba były potężne i mocno umięśnione. Sam ich wygląd mógłby przerazić, ale nie Sophitię, która wlaczyła już z bardziej potwornymi stworzeniami w życiu.

Gdy ogry były wystarczając blisko, Sophitia zaatakowała. Wielka jak piłka pięść uderzyła w jej stronę, ale greczynka bez problemu uniknęła trafienia. Prześlizgnęła się szybko pod zamachnięto pięścią, a jej miecz wbił się w brzuch pierwszego z ogrów. Potwór ryknął, gdy Sophitia szarpnęła miecz do góry, a potem go wyciągnęła, odskakując. Gorace wnętrzności i krew padły na śnieg. Ogr sięgnął po niej, starając się włożyć je z powrotem do środka. Miecz Sophitii odrabał mu dłoń. Blondynka zrobiła pełen obrót i uderzyła po raz ostatni. Głowa ogra spadła na śnieg. Zaraz obok opadło jego martwe ciało.

Miała się odwrócić w kierunku drugiego ogra, kiedy nagle jego dłoń zacisnęła się na jej nadgarstku. Sophitia jęknęła z bólu, kiedy jej palce rozluźniły się. Jej miecz spadł na śnieg. Odruchowo uderzyła ogra tarczą w twarz. Potwór ryknął i puścił ją, rzucając Sophitię na ziemię. Jej futro poleciało daleko, zostawiając ją w lekkiej tunice. Szybko sięgnęła po miecz i zaatakowała. Wbiła ostrze głęboko w ramię ogra, ale kiedy szarpnęła, nie mogła wyciągnąć miecza z powrotem. Zaklinowane między kościami ogra ostrze nie chciało wyjść. Ogr, rycząc z bólu, złapał ją i objął ramionami, przyciskając do siebie, prawie miażdżąc. Sophitia biła pięściami i kopała nogami, ale czuła, jakby uderzała w mur. Palce ogra sięgnęły do jej pasa, rozrywając go i rzucając na ziemię. Jej tunika podzieliła jego los po chwili. Mróz szczypał ciało blond greczynki, kiedy palce ogra dotknęły ją między nogami.

„Ty zboczona świnio!” – krzyknęła uderzyła z całej siły pięścią w nos ogra. Potwór jęknął, ale nie puścił jej. Otworzył szerokie usta i oblizał jej twarz językiem. Śliski, wilgotny dotyk i śmierdzący oddech prawie odebrały jej przytomność. Jednocześnie jego palce dotykały jej cipki, wsuwając się w nią powoli.

„Niiieeee! Niiiiiieeeee!” – krzyczała Sophitia, ale nic to nie pomagało. Najgorsze było to, że kiedy w końcu przestał, Sophitia poczuła, jej warg sromowych dotyka coś szerszego i cieplejszego niż palce ogra.
„Niiee! Tylko nie to!! Niiieeeeeee! Auuuuuuughhhh!!!!” – jej krzyk słychać było daleko, kiedy ogr wszedł w nią. Trzymając ją cały czas, ogr podnosił ją i posuwał na dół, nadziewając na swój wielki, zwierzęcy członek. Sophitia krzyczała, czując jak robi się mokra. Było zimno, ale to co robił ogr także rozgrzewało ją. Odrzuciła głowę do tyłu, jej jasne włosy falowały na zimnym wietrze. Ogr lizał jej ciało, jej szyję i duże piersi z twardymi sutkami. Jego język był ciepły.

„Ohhhhhh!!! Aaiiiieeeeee!” – jęczała, kiedy wchodził w nią rytmicznie, coraz szybciej. Sophitia posuwała się wzdłuż jego długiego, twardego członka, mokrego od jej soków. Mimo tego, co się działo, czuła wewnątrz siebie dziwną przyjemność, jakby bycie pieprzoną przez olbrzymiego ogra mogło jej ją sprawiać. Jęczała głośno i namiętnie, nie krzyczała już i nie błagała, żeby przestał. Jego wielki członek wchodził w nią do końca, tak głęboko jak się da, rozszerzając ją w środku do maksymalnych rozmiarów. Blondynka zamknęła oczy i otworzyła szeroko usta, ślina ciekła jej z ich kącików. Rozkosz odbierała jej przytomność.

„Urghhhhhhhhhh!” – ogr zawył gardłowo, kiedy doszedł, spuszczając się do środka greckiej wojowniczki, wypełniając ją swoim ciepłym, lepkim nasieniem. Sophitia rzucała się i krzyczała. Nie chciała tego. Nawet jeżeli było jej trochę dobrze, to teraz cała drżała z przerażenia. Litry ogrowego nasienia wlewały się w nią, a słyszała kiedyś, że kobieta może zajść z potworem w ciążę i wtedy rodzi się z tego nowy potwór. Ogr zdjął ją ze swojego członka, wyrwał z rany jej miecz i cisnął go na ziemię.  Jego sperma kapała na śnieg spomiędzy nóg Sophitii i spływała po jej nogach. Sophitia drżała z zimna, kiedy ogr wziął ją pod pachę jak worek ziemniaków i ruszył przez sypiący coraz mocniej śnieg w kierunku swojej jaskini. Resztki jej stroju, jej miecz i tarczę szybko przykrył śnieg, tak jak ciało zabitego przez nią potwora. Wkrótce miała na jego miejsce narodzić nowego. Ale nieprzytomnej greczynce było już wszystko jedno

(Soul Calibur) Miecz


Na razie krótko, ale planuję na ten miesiąc coś dłuższego.

Tytuł: Miecz
Z: "Soul Calibur"
Rating: NC-17

Przeszyty na wylot mieczem Sophitii, Nightmare padł na ziemię. Kawałki jego zbroi rozsypały się wokoło z chrzęstem, a miecz wypadł z ręki. Ostrze potoczyło się po kamiennej podłodze w kierunku krawędzi tarasu. Blondynka skoczyła, ślizgając się po podłodze i w ostatniej chwili udało jej się złapać ostrze Soul Edge, zanim ten spadł w przepaść. Wiedziała, że gdyby tam spadł, to pewnie szybko znalazłby go ktoś inny i znowu wszystko zaczęłoby się od początku. Musiała dokończyć zadanie i zniszczyć przeklęty miecz. Podniosła go i spojrzała. Szeroka rękojeść świeciła czerwonym światłem, a znajdujące się w jej środku oko patrzyła na blondynkę uważnie. Patrzyło prosto w jej oczy. Sophitia odwróciła się. W tym oku było coś niedobrego.

Nigdy w życiu się nie bała, walczyła z najpotężniejszymi przeciwnikami i pokonywała ich bez trudu. Nikt kto stanął na jej drodze, nie pokonał jej. Ale było coś w tym mieczu, co ją niepokoiło. Widziała, co się stało z tym, który nosił go poprzednio. Nie mogła dopuścić do tego, żeby się to na nowo powtórzyło. Oddychała ciężko, zmęczona długą walkę, jej piersi podnosiły się i opadały, osłaniane przez cieńką, lnianą tunikę. Wstała i trzymając cały czas w rękach miecz, skierowała się w kierunku kamiennego stołu. Położyła na nim przeklętą, żywą broń. Wróciła po swój miecz. Ale gdy wyciągała go z ciała Nightmare, okazało się, że miecz jest pęknięty. Miała w rękach tylko mały ułomek z rękojeścią. Tym nie mogła zniszczyć Soula.

Wróciła do stołu. Oko jarzyło się i poruszało szybkimi ruchami. Sophitia powoli sięgnęła po rękojeść. Zastanawiała się, jak zniszczyć coś takiego. Musiała znaleźć jakiś przedmiot. Ale w takim razie nie mogła zostawić tego tutaj, bo na pewno ktoś inny by go zabrał. Gdy zacisnęła dłoń na rękojeści Soula, poczuła coś dziwnego. Jakby dreszcze, prąd przeszedł przez jej ciało, od włosów do stóp.  Szarpnęła się odruchowo, czując się nieprzyjemnie. Rękojeść świeciła się. Miecz stał się jakby cięższy. Musiała go złapać dwiema rękami, inaczej by wypadł na ziemię. Kiedy druga dłoń zacisnęła się na metalowej rękojeści przeklętej broni, Sophitia poczuła coś dziwnego. Nie mogła puścić miecza. Starała się oderwać od niego palce, ale nie mogła. A Soul robił się coraz cięższy. Blondynka była zmęczona walką. Nie mogła dłużej utrzymać się na nogach, upadła na kolana, trzymając cały czas przed sobą przeklęty miecz.

„Puszczaj!” – krzyknęła, a jej głos słychać było w echu w ścianach świątyni. Miecz nie miał zamiaru jej zostawić. Poruszył się jakby lekko, wsuwając się między jej duże piersi. Sophitia poczuła nieprzyjemny, zimny dotyk metalu. Zadrżała, ale jej piersi uniosły się, a sutki zesztywniały. Oko jakby lekko wybrzuszyło się, dotykając jej ciała, a wtedy poczuła ciepło. W miejscu, gdzie oko jej dotykało, było jakoś dziwnie ciepło i przyjemnie.

„Oh!” – pojedyncze westchnienie wyrwało się z jej ust. Materiał tuniki lekko zsunął się z jej piersi. Sophitia starała się wstać, ale nie mogła. Dolna część rękojeści prawie dotykała jej majtek. Coś dziwnego krążyło w jej głowie, jakby dym albo mgła okrywały jej myśli. Nie mogła ich zebrać ani myśleć logicznie, czuła się jakby śniła. Gdy dolna część rękojeści dotknęła jej majtek, Sophitia jęknęła głośniej. Jej ręce same z siebie przyciągnęły miecz bliżej, przyciskając go do jej spoconego, drżącego ciała. Czuła rozkosz, taką dziwną i niebezpieczną. Wiedziała, że dzieje się coś złego, ale nie mogła tego zatrzymać. Oko na rękojeści świeciło się jasno. Przyciśnięty do piersi Sophitii miecz stał się jeszcze cięższy, greczynka upadła na ziemię, przyciśnięta jego ciężarem.

„Ratuuuunkuuuu!” – krzyknęła. Zimne, stalowe ostrze przygniatało ją. Rękojeść znajdowała się między jej nogami. Nie mogła jej wypuścić ani wyrzucić. Gdy się poruszała, miecz ocierał się o jej ciało. Ciemna, mroczna moc wypełniała powoli jej umysł. Sophitia krzyczała coraz głośniej, ale nikt nie słyszał jej błagania o pomoc. Była sama. Powoli jej krzyki zmieniały się w jęki.

„Ohhhhhh! Ohhhhh!” – jęczała, gdy zimna rękojeść ocierała się o jej majtki, następnie rozdarła cieńki, biały materiał i dotknęła jej cipki. Fala rozkoszy przeszła przez nią, krople wilgoci błyszczały na mieczu. Delikatnie uniosła usta i pocałowała metalowe ostrze, które znajdowało się nad nimi. Poruszała rękami, masturbując się rękojeścią Soula. Było jej coraz lepiej a im więcej rozkoszy czuła, tym mniej myślała o reszcie. Oko miecza błyszczało, czując jak przejmuje powoli kontrolę nad nią.

„Aaahhhhhhh!!!!!” – jęknęła głośno Sophitia, doprowadzona do orgazmu. Wyprężona na kamiennej podłodze, oddychała szybko, ale nie mogła się powstrzymać przed dalszym używaniem miecza w tym celu. Jej rozgrzane ciało ulegało diabelskiej pokusie, której nie mogła się oprzeć. A cały czas czuła, że robi źle. Powoli o tym zapominała. Kolejny orgazm sprawił, że wydała z siebie jeszcze głośniejszy jęk. Ciężko oddychając, wstała. Trzymała Soula w jednej dłoni, znowu ważył tyle co kiedyś. Podeszła do kamiennego ołtarza. Zdjęła swoją białą, lepiącą się do jej spoconego ciała tunikę. Wzięła miecz i wsunęła jego rękojeść głęboko między swoje nogi. Fala mrocznej energii ogarnęła ją. Teraz już nie krzyczała i nie protestowała. Wsuwała i wysuwała miecz, czerpiąc z tego przyjemność jakiej jeszcze nie czuła. Rękojeść była cała mokra od jej soków.

Kiedy rankiem wyszła z pradawnej świątyni, była ubrana w obcisły, skórzany strój, nabijany gwoździami. W dłoni trzymała przeklęty miecz. Zeszła z gór na dół, a jej drogę znaczyły spalone wioski i zamordowani ludzie. Już wkrótce świat miał zacząć się bać nowej, najgroźniejszej władczyni przeklętego miecza, której nikt nie mógł pokonać.